| Spis treści |
|---|
| Takie nasze jeżdżenie |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Strona 6 |
| Wszystkie strony |
Strona 1 z 6
Pamiętnik z podróży po SkandynawiiJest późne popołudnie dnia 29 czerwca 2008 roku. Maksymilian ma siedem miesięcy i dwa dni, siedzi tuż obok mnie w swoim kropkowym foteliku i zapamiętale wali swoją grzechotką gdzie popadnie. Zbliżamy się do Niemiec. Droga jest dość monotonna, jak przystało na autostradę. Przed chwilą nasze autko odmawiało posłuszeństwa, nie chcąc pomrugać do nas awaryjnymi światłami. A kiedy już udało się przywrócić mu dawną ,,błyskotliwość” na znak buntu wypluło śrubkę podtrzymującą lewarek. Na szczęście znalazła się na stacji benzynowej pomocna dłoń, której właścicielem był pewien starszy pracownik. Suma sumarum- jedziemy dalej. Właśnie minęliśmy granicę. Nijak tego nie poczułam.
Zachodzi słońce. Pochłaniamy spaghetti bolognese urozmaicone kawałkami żółtego sera. I zastanawiamy się jak to jest żyć w Niemczech. Jak tu wygląda zwykły dzień, powrót do domu z pracy, życie towarzyskie. Czy gdybyśmy urodzili się tutaj, bylibyśmy innymi ludźmi?
Po skończonej kolacji poszłam umyć gary do łazienki na stacji benzynowej. Pani sprzątaczka spojrzała na mnie, niosącą przed sobą kupę srebrnego żelastwa, z niemałym zaskoczeniem. Nawiązawszy z nią nić porozumienia (konkretnie utkaną na słowach ,,wash” i ,,water”) otrzymałam skierowanie do specjalnej, dużej umywalki. Po skończonej operacji wymieniłyśmy przyjazne uśmiechy, lecz mimo to pozostało we mnie dziwne uczucie wstydu. To zdarza się podczas tanich podróży bardzo często. Konieczność proszenia o pomoc. Chyba nikt z nas nie lubi być zdany na czyjąś łaskę, dlatego o wiele łatwiej zostać w domu. Postanowiłam popatrzeć na to inaczej- pozwalając sobie pomóc, skłaniam drugiego człowieka do dobrego uczynku. Czyli ma ona szanse być trochę bliżej nieba… Następnym razem pomyslę o tym wypowiadając słowa: ,,Could you give me one glass of hot water, please?”
Poranek drugiego dnia naszej podróży już za nami. Nocowaliśmy pod namiotem. Maksiu spał wybornie- jakby na przekór moim czarnym oczekiwaniom. Nie obudził się nawet w ostatecznym czasie na wstawanie- o godzinie siódmej. Wyrwany ze snu bacznie rozglądał się dookoła, z wyrazem twarzy jakby pytał: ,,No, ciekawe gdzie wywlekliście mnie tym razem?”. Od pobudki do zapakowania się szczelnie w naszym Tico minęło sporo czasu. Przy parkingu, na którym spaliśmy zatrzymywało się sporo kierowców spragnionych siusiu, papieroska, odpoczynku lub rozprostowania kości. A ja ukrywałam obecność dziecka, bojąc się ewentualnej interwencji socjalnych organizacji. W końcu jednak Mariusz, mój mąż, stwierdził, że to ukrywanie samo w sobie wygląda podejrzanie i tak oto Maksymilian ujrzał światło dzienne poranka ostatniego czerwcowego dnia.
P.S. Niemcy przegrały wczoraj mecz o Mistrzostwo Europy. Zdaniem Mariusza i Sławka (kolegi, który z nami pojechał) dobrze im tak.
Dodaj komentarz

