| Spis treści |
|---|
| Madagaskar - szkoła na wyspie małp |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Wszystkie strony |
Francuski potrzebny od zaraz
Dla dzieciaków chodzenie do szkoły to największa atrakcja. Bo są tu książki z obrazkami. Bo są zabawki. Bo jest perkusja (prowizoryczna, zbita z kawałków drewna, ale jednak jest to dużo więcej niż odwrócony garnek). Bo jest inaczej i ciekawiej. Bo jest kolorowo, choć na razie wszystkie noszą czarne mundurki (takie przysłała jedna z organizacji zajmujących się pomocą). Kiedy maluchy wybiegają przed szkołę w pierwszej chwili trudno jest się zorientować kto do jakiej klasy chodzi. Ponieważ do tej pory szkoły nie było, więc właściwie wszystkie zaczęły naukę od początku, teraz co roku tworzona jest nowa klasa.
- Mamy trzy klasy - mówi Prisca - ale tak naprawdę to nie ma znaczenia gdzie, które dziecko się uczy. Najważniejsze, że mogą tu być. Zawsze coś im z tego w głowach zostanie.
Lekcje są prowadzone na przemian po malgasku i francusku. Prisca na tablicy pisze kolejne cyfry i litery, które maluchy pracowicie kopiują do zeszytów. Książki naddarte i spłowiałe od nieustającego wertowania pochodzą w większości z Reunion, od znajomych Stefano, niekiedy ze szkół, którym przestały być potrzebne. Podręczniki po malgasku to rzadkość na całym Madagaskarze. Powstaje zatem problem - bo w szkole są książki i pisma, ale po francusku. Nie jest on dzieciom tak całkiem obcy, gdyż Madagaskar jako dawna kolonia Francji zachował w języku wiele zapożyczeń i francusko brzmiących słów, lecz mimo to nauczyciele znają go zbyt słabo, by dobrze nauczyć dzieci. Zatem rozpoczęto poszukiwanie ochotnika, który pomoże maluchom przebrnąć przez zawiłości francuskiej mowy.
- Wystarczy, by znał francuski i chciał się tą wiedzą podzielić - mówi Prisca. - Przez tydzień, miesiąc, pół roku. Ile kto może tu pozostać, jest bardzo oczekiwanym gościem. - To ma być najlepsza szkoła w okolicy - opowiada Stefano. - Nie byle jaki erzac dla biednych dzieci z biednego kraju, ale prawdziwa szkoła. Która je przygotuje do francuskiego liceum w Nosy Bé, a potem na studia. Żeby te najzdolniejsze dzieciaki skończyły najlepsze szkoły.
Marzyciel i idealista? Stefano realizując swe marzenia jest przy tym realistą.
- Wszystko przemyślałem i obgadałem ze starszyzną. Zrobimy wymianę z dziećmi z Europy, te które przyjadą, zapłacą symboliczną dla nich kwotę za swój pobyt, a zarobione pieniądze posłużą do utworzenia stypendium dla najzdolniejszych.

Świat płynie do wyspy
Pomysł spodobał się przyjaciołom Stefano, obiecali pomoc. Do tego na kolejnej naradzie starszyzny uradzono, by zacząć w wiosce wytwarzać pamiątki. Rzeźbione muszle, makiety statków i piróg, ręcznie haftowane obrusy sprzedawane będą turystom, natomiast część zarobionych pieniędzy będzie przeznaczona dla szkoły. Pomysł o tyle dobry, że do wioski zaczęli przyjeżdżać turyści, ściągnięci dziwnymi opowieściami o szkole w buszu. Zostawiając niekiedy pieniądze na dalszy rozwój szkoły. W Antintorona sprawdzają się słowa z Biblii: "temu kto ma - będzie przydane". Obok szkoły powstał niewielki szpital, przychodnia, dom dla przybywających co jakiś czas Lekarzy bez Granic. Gdyż tak to już jest na świecie, że gdy coś zaczyna działać, siłą rzeczy przyciąga innych ludzi. Chociaż nie zawsze otrzymywana pomoc odpowiada potrzebom, zaś wrzawa jaka jest czyniona wokół, przerasta jej realną wartość.
- Czasem się obawiam - Stefano powoli dobiera słowa, - by ludzie którzy coś robią dla szkoły, nagle nie zaczęli jej traktować jak swej własności, wprowadzając zmiany po swojemu. Bo każdy z przybyłych ma swoje pomysły i dobre rady. A ja naprawdę spędziłem wiele bezsennych nocy zastanawiając się jak to wszystko tutaj pogodzić.
Mimo różnych trudności, idea pomocy szkole zatacza coraz szersze kręgi. Ktoś odwiedził wioskę, po powrocie do dalekiej Francji znalazł organizację "Voiles Sans Frontieres" - "Żagle bez Granic". Misją Żagli jest pomoc potrzebującym, poprzez kontaktowanie osób wybierających się w świat własnym jachtem z organizacjami humanitarnymi mającymi dary do przetransportowania. Akurat Sunfreef-Travel, firma specjalizującą się w luksusowych czarterach, wysyłała z Francji na Madagaskar ogromny katamaran. Na pokładzie znalazło się miejsce dla słonecznych baterii i przyborów szkolnych. Świat zbliżył się o kolejny krok do dzieci z Antintorona. - Niedługo nie będą mnie tu już potrzebować - mówi Stefano. - A wtedy znajdę inną wioskę, i pewnie zacznę wszystko do nowa...
zdjęcia także stamtąd- własność A. Olej-Kobus, www.travelphoto.pl
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}

