| Spis treści |
|---|
| Bałkany |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Wszystkie strony |
Myśl o podróży pojawia się niczym przebłysk w życiu większości z nas, po czym równie szybko znika, tłumiona tysiącem racjonalnych powodów, które negują sensowność jej spełnienia.
Grunt, żeby na to nie pozwolić- wraz z zapakowaniem plecaków zamknąć w nich szczelnie wszelkie wątpliwości. Odkąd jestem mamą przychodzi mi to z dużo większym trudem – wszak myślę już nie tylko za siebie. Czasem wyobrażam sobie co czuje mój syn, gdy pakujemy go do samochodowego siedzonka z zamiarem przejechania kilkuset kilometrów jednego dnia. Wspinając się na wyżyny empatii układam w głowie jego pochmurne myśli : ,, Powinniście zapewnić mi jednostajną, przewidywalną egzystencję, przynajmniej dopóki nie skończę roku, a tu co?”. Dopiero po jakimś czasie dochodzi do mnie, że owe myśli są specyficznym tworem, na które składa się moje własne poczucie winy plus wszystkie porady dziecięce, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Moje dziecko, podróżując z nami, nie wygląda na nieszczęśliwe. Gdy jest zmęczone- stajemy. Gdy jest głodne- jemy . Gdy chce się bawić- organizujemy mu zabawę. Mamy przy tym dużo więcej energii niż siedząc w miejscu na krakowskim blokowisku.
Jednakże trzeba miejscu naszego zamieszkania oddać pewną ważną zasługę- to tutaj, wzlatując ponad monotonną teraźniejszością, rodzą się pomysły kolejnych wycieczek. Tak było i tym razem. Postanowiliśmy sprawdzić co też ukrywa się w południowo- wschodniej części Europy. Trwało gorące lato, mieliśmy wolne ( ustawowo- na studiach i dobrowolnie- w pracy), wsiedliśmy więc do naszego sprawdzonego samochodu i ruszyliśmy w drogę.
Rumunia
W ciągu pierwszego dnia dojechaliśmy do Rumunii. Przekonani, że ceny są tu niskie, zawiedliśmy się już podczas pierwszego pytania o nocleg. Od przyjętej z góry zasady (,, Nie damy więcej niż 10 euro od osoby”) nie było wyjątków, toteż chcąc nie chcąc rozłożyliśmy na noc siedzenia w samochodzie. Tuż obok nas koczowali zakochani, najwyraźniej również zauroczeni romantyzmem nocy spędzonej za deską rozdzielczą.
Poranek okazał się nieco dżdżysty, co w połączeniu z naszymi ciężkimi powiekami nie wróżyło najlepiej. Dojechawszy do małej mieściny, w której zauważyliśmy napis: ,,Hostel” podkreślony stosowną strzałką, obraliśmy wskazywany przezeń kierunek i dotarliśmy do odludnego miejsca, gdzie stało kilka podłużnych budynków. Cena była idealna- 10 euro. Dostaliśmy milutki pokoik z własną łazienką i telewizorem, który odbierał polskie kanały. Było prawie jak w domu. Z racji sporej ilości wolnego czasu poszliśmy na spacer po błotnistej okolicy. Przed nami rozciągała się wioska- domy były tu kolorowe, wsparte jeden na drugim, podstarzałe niczym kobiety siedzące przed nimi rzędem na jednej ławeczce.
Potem dołączyło się kilka młodszych, z dziećmi na ramionach. Przeszliśmy obok nich uśmiechając się tylko, po rumuńsku nie umieliśmy powiedzieć nawet ,,dzień dobry”. Zresztą, one pewnie i tak częściej mówiły po cygańsku- przynajmniej między sobą. A jednak- mimo oczywistych językowych barier wytworzyła się między nami pewna nić porozumienia. Mój mąż zapytał na migi, czy może zrobić im zdjęcie. Zgodziły się, wyraźnie zadowolone z powodu tego nieoczekiwanego zainteresowania. Próbowaliśmy o czymś porozmawiać- naszym jedynym pośrednikiem był uśmiech i rozmowa na migi. Patrzyliśmy na nasze dzieci i gaworzyliśmy z nimi. One są w końcu poliglotami.
Celem wyjazdu do Rumunii była Transylwania, więc już następnego dnia opuściliśmy hostel w cygańskiej wiosce i w strugach deszczu, pojechaliśmy dalej. Tego dnia chmury nie opuszczały nas ani na krok. Nie było mowy o planowanej wcześniej przechadzce w Karpaty, toteż zastąpiliśmy ją przejażdżką po najwyżej położonych w tych górach drogach. Zieleń, cisza, las i borówki wokół nas- czegóż można było chcieć więcej? Im wyżej wyjeżdżaliśmy, tym trudniejsza do przejechania była górska droga. Oprócz nas kosztowali jej trudów tego dnia tylko motocykliści. Dwójka z nich okazała się naszymi rodakami. Po południu, w czasie, gdy słońce zmierza już ku linii horyzontu, postanowiliśmy znaleźć nocleg. Ugościł nas przydrożny bar dysponujący kilkoma małymi pokojami na półpiętrze. Ponieważ konstrukcja całego budynku nie należała do stabilnych, odczuwaliśmy drgania przy każdej ciężarówce przejeżdżającej obok. Tak czy owak powitaliśmy kolejny poranek wyspani i w dobrym humorze. Na nieszczęście pogoda nadal nie dopisywała. Tego dnia chcieliśmy przekroczyć granicę z Bułgarią w miejscu, gdzie naturalnie czyni to Dunaj. Na miejscu okazało się , że przyjemność przejechania nad nim po niczym specjalnie nie wyróżniającym się, starym moście słono kosztuje. Radzi nie radzi wciągnęliśmy więc z portfela okrągłe dziesięć euro.
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}
Bułgaria
Kraj, jaki ukazał się naszym po drugiej stronie rzeki, robił wrażenie miejsca biednego i zaniedbanego. Na powitanie wyszły nam tu panie lekkich obyczajów, a tuż za nimi wyłoniły się z nieogarnionej zieleni przydrożnych chaszczy wielkie odrapane blokowiska. Minąwszy przygraniczne miejscowości, wjechaliśmy w głąb kraju ku majestatycznym ,wysokim na 2000 metrów górom- Bałkanom. W każdym odwiedzanym przez nas kraju staraliśmy się przyjrzeć jego naturalnym wybrzuszeniom- góry to nasza ulubiona część krajobrazu. Po drodze staraliśmy się znaleźć kantor, zjechaliśmy więc do miasta Veliko Tarnowo, nie wiedząc zupełnie jakie to wyjątkowe miejsce. Jego mieszkańcy osiedlili się tu na kilku wzgórzach, które wspólnie tworzą niezwykle widowiskowe zjawisko. Zatrzymaliśmy się blisko centrum w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy wymienić walutę na bułgarskie lewy. Po kilku minutach podszedł do nas mężczyzna oferujący nocleg. Co prawda chcieliśmy tego dnia dojechać nieco dalej, ale jego propozycja okazała się bardzo opłacalna. Poza tym to miały być spontaniczne wakacje, więc zdecydowaliśmy się zostać. Nasz napięty harmonogram wynikał z konieczności powrotu przed ślubem w rodzinie i dawał nam maksimum dwa tygodnie na wojaże po Południu Europy. W Velikim Tyrnovie spacerowaliśmy w deszczu wąskimi uliczkami, jedliśmy tutejszą potrawę w uroczej restauracji, spaliśmy w białym domku z gliny, wyposażonym jednak w nowoczesną łazienkę i antenę satelitarną.
Następnego dnia ruszyliśmy dalej, w stronę gór Rila , a docelowo-Macedonii.
Spaliśmy tuż przy granicy, przejeżdżając się wieczorem po okolicznych terenach. Z noclegiem znowu się udało- znaleźliśmy hotel na dobrym poziomie ( w końcu na tym cokolwiek się znamy, po półrocznej pracy w Szkocji w charakterze pokojowych), oferujący apartamenty (!) w cenie 7 euro od osoby. Wyspawszy się na wygodnych łóżkach, mogliśmy rano ruszać dalej w nieznane. Tym razem przejście przez granicę wiązało się z dłuższym czekaniem i to bynajmniej nie przez wzgląd na kolejki, lecz na chwilową przerwę w pracy straży granicznej. Słońce grzało coraz mocniej z minuty na minutę, synek powoli zaczynał niecierpliwić się w swoim foteliku, toteż postanowiłam krążyć z nim ostentacyjnie wokół strażniczej budki. W końcu ktoś do nas wyszedł, sprawdził dokumenty i zapytał o cel podróży. Powiedzieliśmy, zgodnie z prawdą, że przyjeżdżamy tu jako turyści, nie na długo (harmonogram, jak już wspominałam, był dość napięty), aby docelowo odwiedzić jeszcze kilka krajów, w tym Albanię i Kosowo. Pracownik graniczny spojrzał na nas z niemałym zaciekawieniem, po czym zapytał czy oby na pewno mamy zamiar odwiedzać Albanię, czy raczej nie wolelibyśmy pojechać ot , nad bułgarskie morze, gdzie jest znacznie przyjemniej i, cóż tu dużo mówić, bezpieczniej. Aby podkreślić rangę ostatniego wypowiedzianego słowa, spojrzał wymownie na naszego brzdąca w foteliku. Odpowiedzieliśmy mu, że Bułgarię mamy już za sobą i zgodnie z naszym planem, aby okrążywszy południową część Europy, dojechać w wyznaczonym czasie do domu musimy udać się poprzez odradzane przez niego żarliwie kraje.
Macedonia
Pożegnaliśmy się i pognaliśmy dalej. Macedonia była zgoła inna od krajów, które mieliśmy okazję zobaczyć dotychczas. Przypominała skąpaną w słońcu Grecję wraz z jej powyginaną roślinnością świetnie radzącą sobie mimo niewielu opadów deszczu. Tutaj po raz pierwszy dane nam było skosztować charakterystycznego dla krajów dawnej Jugosławii ,,burka”. Z nazwy niezbyt dla polskiego ucha zachęcający, był on w rzeczywistości smacznym plackiem wypełnionym mięsem lub serem, z powodzeniem zaspakajającym duży głód, a przy tym stosunkowo niedrogim. Po obiedzie postanowiliśmy, jak zresztą zwykle, poszukać noclegu. Znaleźliśmy go w okolicy pięknego jeziora Ochrydzkiego, leżącego na granicy macedońsko- albańskiej, obleganego przez turystów ze strony pierwszego kraju, a zupełnie zapomnianego przez ten drugi. Wieczorem , gdy słońce powoli chowało się za lśniącą taflą wód, wybraliśmy się na plażę. Dla takich widoków, jakie dane nam było wówczas oglądać, naprawdę warto żyć. Zapamiętawszy je już na zawsze, można w dowolnej chwili przywoływać je i przeżywać na nowo. Nasze wspomnienia, jako jedna z niewielu rzeczy na tym świecie, są czymś, czego nikt nie może nam ukraść. Oto i główna myśl naszej filozofii włóczęgostwa. Ale mniejsza o to, powróćmy do usypiającego jeziora i wesołego tłumu turystów ożywiającego uliczne kramy, bary i piaszczyste wybrzeże. Niestety, ów uroczy wieczór wkrótce się skończył, nadszedł kolejny poranek i trzeba było ruszać w drogę. Albania- od przekroczenia granicy jeszcze jeden jegomość odradził nam wizytę w tym kraju, lecz mimo to ( a może właśnie dlatego) ruszyliśmy ku temu tajemniczemu miejscu.
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}
Albania
Na granicy poszło gładko, tuż za nią rozciągały się spieczone od słońca, czerwone góry. Jedynym znakiem odmienności tego kraju były stojące tu i ówdzie bunkry służące do ostrzału (być może owe konstrukcje mają swoją specyficzną wojskową nazwę, jednak przyznam, że nie znam się na tym szczególnie). Patrząc na nie, miało się wrażenie, jakby ledwo co skończyła się tu wojna, żołnierze wyskoczyli ze swoich okopów i jedyne, co za sobą postawili, to właśnie owe betonowe daszki. Choć może jakiś został na wszelki wypadek i teraz celuje w Bogu ducha winnych kierowców. Na szczęście nikt nie strzelał i po jakimś czasie, zamiast strachu, zaczęłam szczerze współczuć tym panom, co musieli siedzieć tu niegdyś z karabinami, zapięci pod szyję i wystawieni na pastwę lejącego się z nieba żaru. Przy okazji zaś otoczeni przez jadowite gady, których tu z pewnością pełno. W jakiś czas potem dotarliśmy do Tirany.
Ponieważ nie jesteśmy zwolennikami dużych miast, postanowiliśmy ominąć stolicę jak najszerszym łukiem. Nie udało się to zupełnie- magicznym sposobem wjechaliśmy w samo centrum, przypominające do złudzenia ruchliwe mrowisko. Wszędzie ktoś czymś handlował, ktoś wieszał pranie, ktoś na kogoś trąbił. Gdy albańskim kierowcom wyrosło na drodze rondo, każdy omijał je jak wydawało mu się najszybciej, z prawej lub z lewej strony. Odgłosy klaksonów układały się w jedną, wspólną drogową pieśń. Zapytaliśmy kogoś o drogę, wskazując mapę i starając się wyraźnie wypowiedzieć nazwę miejsce, do którego zmierzaliśmy. Ów ktoś zaraz zwołał całą inspekcję pomocy, ze swoim synem lub wnukiem władającym angielskim, na czele. Wskazywali chórem prawidłowy kierunek jazdy, żegnali nas serdecznie i uśmiechali się do naszego synka.
Opuściliśmy Tiranę i udaliśmy się główną ( całkiem możliwe że również jedyną) drogą na północ. Jedyne, co pamiętam po drodze, to mnóstwo samochodów z nowożeńcami i jadących tuż przed nimi, wychylających się zza okien niczym najlepsi kaskaderzy, kamerzystów próbujących uwiecznić owe piękne pierwsze chwile na ich nowej drodze. Kraj tętnił życiem , pomimo suszy, opuszczonych bunkrów i fabryk, domów i całych miast. Północ nie nadążała za południem, za oknem było coraz smutniej i smętniej. W zupełnie dzikiej, górzystej okolicy, zatrzymały nas wybiegając na drogę wprost pod koła , zaniedbane dzieci. Zaczęły szarpać za drzwi, prosząc o pieniądze. Powoli ruszyliśmy dalej, zupełnie zaskoczeni całą tą sytuacją. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że gdzieś w Europie, szczycącej się statusem rozwiniętego kontynentu, są ludzie żyjący w takiej biedzie. Dzieci stojące godzinami na piaszczystym terenie i czekające na okazję, na jakikolwiek samochód, co tędy przejedzie.
Dzieci rzucające się na rozpędzoną maskę w nadziei, że może tym razem się uda, że ryzyko potrącenia warte jest tych kilku groszy. A dalej, ostatnie miasto Albanii, istny koniec świata- Kukes. Na ulicach mieli tu dziury ciągnące się od lewego do prawego krawężnika, budynki w mieście miały wszystkie odcień szaro- bury, zrezygnowani mieszkańcy stali i patrzyli przed siebie. Zupełnie nie wyobrażałam sobie, żeby to miasto mogło funkcjonować jak inne, które znam. Żeby tu rano wstawało się do pracy, wsiadało w autobus i szło po zakupy. W tym mieście życie stanęło w miejscu. Ponieważ tego dnia mieliśmy zamiar przekroczyć kolejną granicę, minęliśmy Kukes i wjechaliśmy na zabłoconą, pozbawioną asfaltu drogę międzynarodową, wiodącą do Kosowa. Mimo niedawnej wojny na tym terenie, wydawał nam się on miejscem dużo pewniejszym niż Albania. Podświadomie wierzyliśmy, że skoro NATO wysłało tam swoje wojska, powinien być jako taki porządek, może też miejsce, gdzie będzie można się przespać. Jeśli nie, to przekoczujemy gdzieś w pobliżu uzbrojonych władz… O naiwności ludzka, sądząca, że broń przed wszystkim cię obroni! Że biedny człowiek jest dla ciebie największym zagrożeniem.
Zapadał zmrok, gdy ciągnęliśmy niekończącą się drogą ku północy, wśród majestatycznych gór, opuszczonych domostw i ogromu przydrożnych cmentarzy pokrytych białymi krzyżami. Na granicy okazało się , że zielona karta w Kosowie nie obowiązuje i za ubezpieczenie trzeba zapłacić sporą sumę 50 euro. Zrezygnowaliśmy i zawróciliśmy w ciemną już całkiem stronę Albanii. Nie było innej rady- trzeba wracać do opuszczonego miasta . Zatrzymaliśmy się tuż przed nim, przy luksusowym hotelu, żeby zapytać o nocleg. Mój mąż wrócił po dłuższej chwili z zadowoloną miną. Tej nocy spaliśmy w pokoju pachnącym nowością- Mariusz spotkał przed wejściem policjanta, którego zapytał o ceny noclegów w mieście, ten zanim odpowiedział zapytał o nasze pochodzenie i dowiedziawszy się, że mieszkamy w Polsce, opowiedział o swoim przyjacielu ( a naszym rodaku), z którym pracował swego czasu w Wielkiej Brytanii. I tak, od słowa do słowa, nawiązała się między nimi nić porozumienia. Znajomym policjanta był właściciel hotelu, co było dalej nie muszę chyba dopowiadać, w każdym razie kolejny raz trafił się nam tani, luksusowy nocleg. Rano, przeprawiając się znów przez strome góry i drogi upstrzone dziurami, udaliśmy się ku Czarnogórze. Tym razem po drodze nie trafiliśmy na żadne dzieci.
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}
Czarnogóra
Pierwszą pilną sprawą po przekroczeniu granicy okazało się wymienienie waluty. Aby nie oszukano nas w kantorach, zwykle zerkaliśmy po drodze na ceny paliw, wychodząc z założenia, iż są one względnie stałe na terenie całego kontynentu i porównywaliśmy je obliczając ile mniej więcej powinniśmy dostać za jednego funta, dolara czy euro. Tym razem waluta wynosiła według ,,benzynowych” obliczeń mniej więcej tyle, co euro. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy okazało się , iż mieszkańcy Czarnogóry posługują się właśnie walutą Unii Europejskiej! Oszczędzając więc sporo czasu na poszukiwaniu kantorów, mieliśmy czas na znalezienie piekarni z burkami. Kosztowały tu około jednego euro. Czarnogóra była krajem, gdzie ludziom powodziło się dużo lepiej niż w Albanii, a kto wie, czy i nie lepiej niż w Polsce. Ponadto obfitowała ona w cudowne, naturalne piękno wąwozów, gór, jezior i wiejskich, sielankowych widoków. Jako miejsce wyjątkowo szczególne polecam Park Narodowy Durmitor, przez środek którego wiedzie malownicza droga, otoczona zewsząd szczytami granitowych gór. W Czarnogórze spaliśmy tuż przy owej drodze, w górskiej chacie, gdzie zamiast kaloryfera, ogrzewał nas ogień tańczący w kominku i gdzie w pokoju obok spał właściciel domu, jedzący tylko zdrową żywność z własnego ogródka i wstający dla zdrowia co dzień przed świtaniem. Niejeden mieszczuch mógłby mu pozazdrościć…Choć dziś już wielu z nas zapomniało, że gdzieś pod pośpiechem pędzącego życia jest w nas wrodzony, wręcz uwarunkowany genetycznie pociąg do życia w zgodzie z naturą.
Czarnogóra nie była dla nas bynajmniej samą sielanką. Mieliśmy tu niemiłą wpadkę z powodu nie włączonych świateł, za którą to musieliśmy zapłacić policjantowi, rzucając dwudziestoeurowy banknot wprost do bagażnika jego służbowego wozu. Jakoś jednak zrekompensowaliśmy sobie straty psychiczne, dyskutując między sobą, na czym dotychczas oszczędziliśmy, choć nie było to konieczne, aż zebrała się z tego suma straconych pieniędzy. Żal jednak pozostał na zawsze…
Bośnia i Hercegowina
Zdziwiło nas nieco, że na granicy z Bośnią widnieje napis : ,,Witamy w Serbii”. Właściwie odkąd wjechaliśmy do Macedonii, napotkani przez nas ludzie zawsze po kilku wymienionych zdaniach określali swoją przynależność słowami: ,,Jestem Serbem” lub ,,Ja tu tylko pracuje i mieszkam, paszport mam albański”. Co ciekawe, informacji tych udzielali nam zazwyczaj nie pytani, tak jakby stanowiło to konieczność przy zwyczajnym przedstawianiu swego imienia ( a raz również kupowaniu burka…) Nie wdając się głębiej w nacjonalistyczne deklaracje ludzi zamieszkujących te tereny, ucinaliśmy temat, który dla nich, mimo skończonej dziesięć lat temu wojny, wciąż wydawał się żywy i palący.
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}
Przyjechaliśmy do miasta Mostar.
Nie słyszałam o nim wcześniej, ponieważ gdy oglądałam dawno temu wiadomości dotyczące wojny w Bośni w mojej głowie utkwiło tylko Sarajewo. Kolejne zniszczenia, kolejne bomby, kolejni zabici. Mostar pozostał gdzieś w tle, mimo, że został w połowie spalony, ostrzelany, zbombardowany. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam równie smutny widok- ślady wspaniałego miasta, budowle pokryte wymyślnymi wzorami, wysokie mury ozdobione finezyjnymi wykończeniami, biurowce w nowoczesnych kształtach, hotele, których okrągłe balkony, niegdyś zapewne pełne najszykowniejszych turystów, teraz odbijały się puste w lśniących wodach rzeki przepływającej przez centrum. Wszystko to niszczeje, porośnięte trawami, dziurawe od kul, ostrzegające tabliczkami, aby nie podchodzić zbyt blisko, nie do odbudowania i nie do zburzenia. Stoi jako żywy obraz zniszczenia, którego może dokonać człowiek. Stoi jako świadectwo o tych, którzy tu zginęli. Mimo, że z ruinami przeplata się to, co ocalało; przytulne kawiarenki, małe hotele, kramy pełne kartek pocztowych i innych pamiątek, to w tym mieście nie można spacerować normalnie, jak gdyby nigdy nic. A jednak, ci, którzy tu mieszkają, starają się o to każdego dnia.
Znalazłszy nocleg w Mostarze, udaliśmy się do położonego w pobliżu Medjugorie.
To popularne miejsce kultu wprost roi się od turystów, czasem ma się wrażenie, że tylko dla nich zostało ono stworzone, przechodząc obok sklepów z pamiątkami natrafić można tu dosłownie na wszystko, widziałam nawet śliniak dla niemowlaka z nadrukiem Maryi. Oj, ciekawe, jak owa ,,święta” pamiątka wyglądałaby po zetknięciu z zupką jarzynową…Nieco dalej od zgiełku straganów, w miejscu objawień, pośród rozgrzanych kamieni, można słyszeć odgłosy tysięcy świerszczy. Pielgrzymi czuwają tu na cichej modlitwie, patrzą i myślą… Próbowałam wyobrazić sobie, jak to wszystko wyglądało. Tutejsze dzieci, biegające po pagórkach i sam moment objawienia. Niestety, moja wyobraźnia nie sięgnęła aż tak daleko. Choć, przy wtórze cichej muzyki świerszczy Medjugorie było chyba najlepszym miejscem na cud, jakie można sobie tylko wyobrazić.
Chorwacja
Do ślubu, na który byliśmy zaproszeni pozostawało coraz mniej dni. W upale lipcowego słońca ruszyliśmy więc dalej, do ostatniego kraju wieńczącego naszą podróż- Chorwacji. Przejechaliśmy kawał wybrzeża poszukując odpowiedniego miejsca do kąpieli wzdłuż stromych urwisk. W końcu udało nam się wypatrzeć dziką plażę, nie będącą własnością żadnego z tutejszych kurortów. Na nielegalnym parkingu oprócz naszego stało jeszcze kilka innych z Polski. Morze Adriatyckie jest gorące, podobnie jak powietrze wokół niego. Skleciliśmy więc prowizoryczny namiot z ręczników, ubrań i znalezionych naprędce patyków, aby chronić przed niemiłosiernym słońcem delikatną skórę naszego dziecka. Po krótkiej kąpieli i jeszcze krótszym opalaniu, wpakowaliśmy się z powrotem w nasze rozgrzane do granic możliwości auto i ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. Niestety, Chorwaci wyceniają swoje usługi noclegowe bardzo wysoko, toteż zrezygnowani po bezowocnym poszukiwaniu, rozłożyliśmy tylne siedzenia i spędziliśmy noc w samochodzie.
Właściwie to już prawie koniec. O poranku ponownie skusiliśmy się na kąpiel w morzu, tym razem zamiast sztucznego, mieliśmy naturalne schronienie w cieniu drzew. Synek uciął sobie drzemkę na świeżym powietrzu, przeczuwając zapewne czekające go jeszcze tego samego dnia trudy podróży powrotnej. Wracaliśmy bowiem do Polski, nie robiąc po drodze żadnej przerwy…Mknęliśmy poprzez Chorwację, która na północy zupełnie przypomina nasz kraj, przez Węgry, oglądając nocą sławne jezioro Balaton i przez Słowację, podziwiając wschód słońca nad stromymi Tatrami…
Wyczerpani, wciąż słoni od wód Adriatyku, wróciliśmy wreszcie do domu. Minęło kilka dni, przebrzmiał Mendellshon z wesela, a nam znów chciało się jechać dalej. Cóż, w końcu po to zostało stworzone gorące lato…

