Tak, tak, nie jest łatwo być rodzicem, to wiedzą wszyscy chyba, którzy mają dzieci. Ale jeszcze trudniej niż rodzicem w ogóle, jest być ojcem, zwłaszcza w Polsce i zwłaszcza przed polskimi sądami. TUTAJ dowiesz się, dlaczego.
Mówi się o lwach salonowych, ale jest jeszcze inny gatunek lwa - lew domowy. Ojciec i mąż broniący swojej rodziny w niebezpieczeństwie, broniący z narażeniem życia. Tutaj można przeczytać wywiad z takim męzem i ojcem - jak swój wypadek odbiera po dłuższym czasie, co on wniósł do życia jego rodziny i do jego osobistego rozwoju.
... zwany potocznie tacierzyńskim. Nie ma chyba osoby, która uważałaby,żze taki urlop jest niepotrzebny. No, w końcu zawsze to trochę wolnego od pracy dla tatusiów. A to pasuje i mamom, i ojcom. Ale nie tylko o to chodzi, jest coś jeszcze - mnóstwo korzyści dla mężczyzny jako taty i dla samego dziecka. Tutaj można przeczytać o niekwestionowanych zaletach tego urlopu.
Tak, mamy w Polsce problem. Bo to niekoniecznie, jak widać, musi być tak, że nie chcemy więcej niż jednego czy dwojga dzieci, bo nam tak wygodnie. Są i tacy, którzy chcą, ale na kolejne dziecko sobie pozwolić nie mogą. Rzeczywistość okazuje się silniejsza od ich pragnień, niestety, o czym więcej TUTAJ.
Młode małżeństwo, z planami, marzeniami, ambicjami. Pragnienie dziecka. Nagle - w czwartym miesiącu ciąży - ta wieść, jak grom z jasnego nieba. I co teraz? Dokumentalny film nakręcony przez wolontariuszy. Film o matce, niezwykłej matce.
O tym, czy klaps jest rozwiązaniem, czy jest wygraną, czy przegraną rodzica - w jednym z programów telewizyjnych rozmawiają Konrad Wojterkowski, Katarzyna Lengren, Katarzyna Montgomery.
Wydaje się, że tak musi byc zawsze. Pamiętamy czas, kiedy ich nie było, ale teraz są. I będą już zawsze, czasem dalej, czasem bliżej, ale będą. Bo to przecież naturalne, bo takie jest życie. Jutro znów obudzi nas płacz. Albo tupot małych stópek o szóstej rano. Albo to my obudzimy upartego nastolatka, p[rzypominając, że czas do szkoły. Są nie od zawsze, ale na zawsze. Dzieci. Przecież nie może być inaczej.
Rozmowa, zamieszczona w artykule Agaty Puścikowskiej pokazuje, że jednak może. Może byc inaczej, niestety. Dzieci umioerają, bywa, że przed rodzicami. Wśród misiów i klocków, tuląc się do mamy. A potem zostaje gromnica. Potem pusty pokój.
Nie boją się. To my, rodzice, się boimy.
Z reguły nie płaczę, czytając teksty czy oglądaja reportaże. Ale lekture tego niedługiego przeciez artykułu musiałam przerwać aż trzy razy. Po to, by wśród łez przytulić mojego rozbrykanego syna za to, że jest. Że jest zdrowy. Bo nie wyobrażam sobie, mimo że ze zmęczenia czasem mi sie wydaje, ze patrzeć na niego nie mogę, że mogłóby tak nagle go nie być. Ba, nie wiem, nikt nie wie, nikt z nas, czy taka histosira jutro albo pojutrze nie stanie się i jego udziałem.
Rozmowa z matką o jej macierzyństwie, drodze jaką przebyła ze swoim chorym dzieckiem. (niejako cd „Dnia gdy zgasło słońce”)
Bałam się tego spotkania. Matka, z którą miałam zaraz rozmawiać, urodziła bardzo chore dziecko. Dziś ten chłopiec ma już prawie trzy lata.
Idąc na spotkanie, minęłam osiedlowy plac zabaw. Wiedziałam, że Michasia tam nie będzie.
Drzwi otworzyła mi młoda kobieta, trochę zbyt chuda i niewyspana. Sińce pod oczami kontrastowały z ładną, drobną buźką.
Ach to pani, przywitała mnie trochę roztargniona, proszę, niech pani wejdzie. Zaprowadziła mnie do małego pokoju. Na wpół zasłonięte żaluzje zapewniały półmrok. W rogu stało łóżko, a na nim leżał chłopiec z zamkniętymi powiekami. Śpi? spytałam. Nie, słyszy nas, rzadko otwiera szerzej oczy. Przytaknęłam niepewnie. Dziecko leżało bez ruchu, zastygłe w nienaturalnej pozycji. Z szyi wystawał mu koniec rurki z której wydobywały się ciche świsty. Tracheotomia powiedziała mama. Na palcu ma podpięty pulsoksymetr, bada czy nie złapie bezdechu. Miarowe pykanie aparatu zapewniało nas, że Michaś jest teraz bezpieczny. Usiadłam na podanym mi krześle i przez chwilę milczałam. Człowiek ucieka przed tym czego nie rozumie, przed innością. A teraz siedziałam w tym pokoju i nie wiedziałam jak się zachować.
Matka uśmiechnęła się życzliwie. Nie boi się pani, to wszystko wydaje się straszne, ale można się przyzwyczaić. Można? spytałam. Tak, człowiek do wszystkiego przywyka. Ale lepiej oczywiście nie wychodzić za często na świat. Powiedziawszy to spojrzała przez okno na osiedlowe podwórze gdzie radosne dzieci ganiały się w berka. Tak szybko jak zamyśliła się tak samo niespodziewanie spytała mnie „Napije się pani herbaty?”
Nie znałam tej kobiety wcześniej, nic nas nie łączyło i choć w jej mieszkaniu byłam dopiero od pięciu minut czułam się jakbyśmy znały się od lat. Myślami wróciłam w przeszłość. Prawie wszystkie matki poważnie chorych dzieci jakie spotkałam były właśnie takie. Miały w sobie coś niezwykłego. Były spokojne, pogodzone uśmiechnięte i ciepłe. Jak w jakiejś wspólnocie religijnej. Spytałam skąd to mają, czy pogodziły się z losem i już nie cierpią? Nie, mama Michasia usiadła na rogu łóżka synka. Cierpienie się nie zmienia. Co dzień serce płacze, gdy widzi się ból na ukochanej twarzyczce, gdy dociera świadomość, że niewiele da się zrobić i że to nie minie. Co dzień serce płacze, że nie można być zwykłą matką. Nigdy marzenia dziecka się nie spełnią i nigdy matki. Z tym nie można się pogodzić, ale można zaakceptować. Ja wiem, że już nic nie mogę zmienić, że los jest silniejszy ode mnie i nie stanie się cud. Gdy człowiek nie oczekuje, że oto nagle z nieba spłynie strumień światła i wszystko w jednej chwili zmieni się na dobre, gdy wie, że tak nie będzie, wtedy może nauczyć się żyć tu i teraz. Ja nigdy nie poślę syna do szkoły, nie będę się nim szczycić przed koleżankami. Ale mam dziecko, które kocham. Które znam jak nikt inny i z którym mogę rozmawiać nie używając słów. Kobieta ujęła dłoń synka w swoje ręce. On wie, że ja jestem.
Świat się zmienia, przewartościowuje. Praca, wychowanie latorośli na zdolne i piękne, ani urlop w egzotycznych krajach nie są już celem. Gdy rodzi się chore dziecko człowiek wysiada z pociągu ekspresowego i zostaje gdzieś na polu między domem, a celem podróży.
Wie pani, ja żyję teraz dniem dzisiejszym. Moim tu i teraz. Teraz kocham i teraz robię wszystko co mogę i w tym znajduje sens i cel. Dla mnie nie ma jutra, nie pędzę gdzieś w przyszłość, nie jadę już pociągiem do wyśnionego celu. To chyba dlatego uczę się spokoju. Nie jest on ani smutny ani radosny. Moje życie z synem nie jest szczęśliwe, w potocznym tego słowa znaczeniu, ale mam to szczęście dostrzegać małe, dobre strony złego. Sięgnąć samego dna by wśród morza pisaku znaleźć kilka ziaren złota. Tak myślę, że z tego miejsca dostrzega się właśnie więcej piękna i jest ono dużo głębsze w swej treści.
Tak pięknie pani mówi, powiedziałam zamyślona. Czy to znaczy, że nie zamieniłaby pani już swojego życia na inne? Takie zwykłej matki?
Kobieta uśmiechnęła się przekornie. Cóż to za pytanie. Spojrzała na swoje schorowane dziecko, potem na własne, spracowane ręce. Jasne że bym zmieniła, bez dwóch zdań. Ale wie pani co… zamilkła na chwilę.
Zamieniłabym, ale żyłabym zupełnie inaczej.
środa, 07 października 2009 10:08 | Wpisany przez ellen/poronienie.pl
W pokoju obok śpi nasz syn. Jego istnienie stało się już dla mnie tak naturalne, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. A przecież kiedyś go nie było. Więcej – miał przecież nigdy nie pojawić się w naszym życiu…
Nigdy nie liczyłam się z tym, że mogłabym nie móc mieć dzieci. Przecież tak łatwo zajść w ciążę! Wokół pełno przykładów ludzi, którzy dziecka nie planowali, a ono wcale ich o zdanie nie pytało.
Nigdy nie brałam pod uwagę tego, że mogę stracić oczekiwane dziecko. Poronienie znałam z opowiadań, z literatury. „Do diabła, ja nie należę do tych słabowitych kobiet, które ronią!” – tak mówiła Scarlett O’Hara i tak myślałam o sobie. Młoda, względnie zdrowa, dbam o siebie i o dziecko od pierwszej chwili. Mam świetnego lekarza. Dostaję leki na podtrzymanie ciąży. Nic przecież nie może się stać! A jednak na monitorze USG wyraźnie widzę dziecko, którego serce przestało bić; pęcherzyk, który z godziny na godzinę maleje, znika z mojego świata.
poniedziałek, 28 września 2009 10:33 | Wpisany przez Kinga Wenklar/angelus.pl
Gdy umarło nasze pierwsze, nienarodzone dziecko, wszystko straciło swoją naiwną, bo złudną postać wiecznego trwania. Dotknęliśmy kruchości istnienia, które rozpada się bez wyraźnych przyczyn, nawet to najmniejsze, najbardziej hołubione, skryte w miejscu najbezpieczniejszym w świecie- pod sercem matki. Doświadczyliśmy, że to nie my dajemy życie i nie myje podtrzymujemy, że nie leży to też w mocy lekarzy, że życia nie gwarantują również witaminy i zdrowy tryb życia ani pozytywne myślenie. Wszystko jest jak sucha trawa. Doświadczyliśmy, że jedyne, co możemy z życiem zrobić, to je przyjąć lub oddać, pozwolić, by przepływało przez nas.