Już nie wiem, czy z bezradności, czy z przerażenia. Rzecz będzie bardziej o literaturze niż o języku tym razem. Przed momentem, szukając czegoś w Internecie, mimochodem zauważyłam reklamę jednego z rodzajów ubezpieczeń czy kredytów samochodowych. Nie wiem już dokładnie, co było treścią reklamy, bo jej forma wysunęła sie na plan pierwszy i ukazała bynajmniej nie w pozytywnym świetle jej twórcę i pomysłodawcę. Reklama była kierowana do osób z mojej grupy wiekowej - dwudziestokilku-trzydziestolatków. Do tak zwanej (przez autora owej reklamy) Młodej Polski. Pojawiły się więc zmieniajace się jak w kalejdoskopie szyldy o treści mniej więcej takiej: "nasz produkt kupili: Staszek Wyspiański, lat 34, Gabi Zapolska, lat 28" itd. Nie wiem, czy reklama miała być śmieszna, czy "luzacka". Pewnie jedno i drugie. Okazała się żałosna.
W ubiegłą niedzielę pojawił się list Episkopatu Polski na temat kultury języka (lub raczej jej braku) i roli tegoż języka w kształtowaniu świadomości i tożsamości Polaków (można go przeczytać TUTAJ). W tym kontekście chciałoby się dodać: tak jak język, trzeba szanować także i literaturę. Dlaczego nikt w reklamach nie żartuje sobie z młodych, dyskusyjnych dość "twórców" paraliteratury? Może się ich po prostu ktoś boi, a umarli głosu nie mają (notabene, przed wiekami nad wejściem do biblioteki aleksandryjskiej był zgoła inny napis, który ja zresztą dziś mam w swoim ekslibrisie: Hic vivi taceant. Hic mortui loquuntur. - Tu żywi niech milczą. Tu przemawiają zmarli)?
Dlaczego jednak dziś tak łatwo trywializuje się wielkie postacie i dzieła, dzieła - nie zapominajmy - powstałe w czasach, gdy Polski jako takiej na mapie nie było. Czy ktoś się zastanawia, jaki to był wysiłek twórczy, jaka trudna działalność dla tych wielkich umysłów przełomu wieku XIX i XX? Pewnie neiwielu o tym mysli, bo w szkole trzeba było tylko przeczytac lekturę i koniec? Jak można pisać o "Gabi Zapolskiej" i "Jasiu Kasprowiczu?" Doprawdy, panowie i panie, nie uchodzi.!Co się stało z naszym językowym wyczuciem? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor reklamy otworzył chyba licealny podręcznik języka polskiego na chybił trafił i pomyślał: "Ale będzie fajnie!". Smutne, bardzo to smutne.
Po jakiemu to? Ano po polsku (niby). Gdy jednak słyszę takie zdania, to aż mną trzęsie. Wszystko się we mnie buntuje - we mnie jako matce, jako polonistce, ba, jako Polce nawet. Zdania tego typu często gęsto słyszę na spacerach. Moje dziecko słyszy je również i, przyznam szczerze, jets kompletnie zdezorientowane. Bo nie wie, o co chodzi i czego od niego chcą. Ktos powie - co za matka, nie gada z dzieckiem czy jak? Ja zaś powiem : owszem, gadam, i to dużo, czasem tak dużo, że już proszę moje dziecko, które gada tyle, co ja, żeby na moment przestało i, że tak żartobliwie powiem, pozwoliło zapaść ciszy. A zaczyna się zupelnie niewinnie - od groszków i fasolek. Że co? Co mają do tego fasolki i groszki? Ano mają. Fora internetowe pękają w szwach. Na nich wpisy mam, że ich fasolka ma tyle i tyle i rośnie sobie w brzuszku. Ja tam nie wiem, ja warzyw w brzuchu nie mam - ja mam dziecko. Nie żebym się szczegółów czepiała, ale te groskzi i fasolki takie niepowazne, infantylne mi sie wydają. No, nic, może to kwestia gustu. Ale im dalej - tym gorzej. Potem jest rozmaite "cacy" i inne "kosi-kosi". Ba, jedna z moich koleżanek znalazła nawet w jakimś podręczniku dla mam z lat siedemdziesiatych wyraźną wskazówkę, by do dziecka nim osiągnie trzy miesiące, nie mówić pełnymi zdaniami... Powiem wprost - mnie takie zachowania i wskazówki irytują. Po co uczyć dziecko języka, który nawet nie jest dziecięcym (bo przecież nie dzieci go wymyślają i używają, ale te wszystkie ciocie i babcie), a którego potem trzeba je oduczać. Do dzieci mówi się normalnie - to nieprawda, że one nie rozumieją. Zaczynają rozumieć takie słowa, jakich my używamy, jakich my je uczymy. Po prostu - rozumieją to, co słyszą. Jeśli mówi się do nich normalnie, potem też bardzo wcześnie rozumieją, o czym rozmawiają dorośli między sobą. I również wcześnie zaczynają mówić w sposób zrozumiały. A potem dziwi to ciocie i babcie, ja zaś nie rozumiem tego ich zdziwienia. No bo co w tym dziwnego, że mały Polak mówi poprawnie po polsku?
Jakoś tak ostatnio, zainspirowana Dniem Ojca i Matki, postanowiłam pofolgować swoim historycznojęzykowym fascynacjom i rzucić garść rodzinnojęzykowych ciekawostek. Dziś będzie o matce, kolejne odcinki - o innych członkach rodziny.
Jan Paweł II zrobił dla języka polskiego tyle ile np. Jakub Wujek, Mikołaj Rej czy Adam Mickiewicz - przekonują organizatorzy konferencji naukowo-artystycznej "Jan Paweł II - Odnowiciel Mowy Polskiej", która rozpoczęła się we wtorek w Poznaniu.
Dwudniowa konferencja została zorganizowana z okazji 30. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Jej celem jest zebranie, usystematyzowanie i upowszechnienie różnych aspektów oddziaływania Jana Pawła II na kształt współczesnego języka polskiego.
Szłam sobie dziś na zakupy z dzieckiem, ot, do jednego z supermarketów, wciąz mając w mysli to, co bym chciała napisac dziś w kąciku językowym. Okazało się jednak, że najpierw napisac muszę coś innego niż to, co zaplanowałam. Bo oto...
Słowo „facet” pochodzi z języka łacińskiego. Co ono oznacza? Odpowiedzi na to pytanie udzielił na antenie RDC prof. Jerzy Bralczyk. Jeżeli interesują Państwa sprawy językowe zapraszamy do zadawania pytań. www.bralczyk.pl
Dziś oddam głos znanemu historykowi, Wojciechowi Roszkowskiemu:
No nie mogę, po prostu nie mogę. Nie znoszę reklam, ale zwykle je ignoruję. Natomiast tym razem - nie mogę. Irytuje mnie niepomiernie ostatnio pewna reklama - płytkością, by nie rzec - spłyceniem. Miała być śmieszna chyba - wyszła żałosna.
Czyli co można zrobić z językiem. Albo raczej ku refleksji, co zrobić, żeby nie przedobrzyć.
Nie, nie o interpunkcji tym razem, nie, nie. O przecinkach, jak to się mówi, albo raczej przerywnikach języku mówionym.
|
|