Gdzie wymalowane na różowo Christiny Aguilery spotykają się z pomalowanymi na czarno Marilynami Mansonami? W prawie każdej polskiej placówce oświatowej. Pierwszego września ulice Warszawy zapełniły się tłumami młodzieży. Po wypełnieniu szkolnego obowiązku towarzystwo wyległo na ulice, skwery oraz wbiło się do miejskiej komunikacji. Do autobusu linii 520, którym jechałam, wbiegło kilka 15-latek. Wracały z rozpoczęcia roku szkolnego, o czym świadczyły rozmowy o „upierdliwej matematycy, która niestety wróciła po macierzyńskim, i zajefajnym kolesiu z II b”. Niewątpliwą królewną wśród dziewcząt była śliczna, zgrabna brunetka: otoczona koleżankami, radośnie paplała, nie schodząc z wysokiego C. Ale nie wysokie C zwróciło moją uwagę. Dziewczę ubrane było w granatowo-białą suknię. Suknia zakrywała nieco pupę i wcale nie zakrywała pleców oraz ramion. Wdzięku tej szkolnej stylizacji dodały wieczorowy makijaż i dwucentymetrowe paznokcie. Gdy dziewczę napotkało moje zdumione spojrzenie, wydęło czerwone wargi i zrobiło minę, która znaczyła: „jeny, ale stary zgred”. Racja. Osobniki po trzydziestce to z definicji stare zgredy i gatunek wymierający.

