| Spis treści |
|---|
| Jak to jest z tą spódnicą? |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Wszystkie strony |

Maminą spódnicą... Zwykle mówi się, że dziecko trzymające się maminej spódnicy to takie niesamodzielne, niedorosłe, bez swojego zdania, trochę w świecie zagubione - jednym słowem - mało twórcze. Do pewnego wieku przyznaje się dziecom prawo wiszenia u maminej spódnicy jako cos oczywistego, ale przychodzi taki moment, kiedy zachowanie jednego dziecka siłą rzeczy widzi się na tle zachowań rówieśników. I wtedy wychodzą różnice nie tylko osobnicze, charakterologiczne, ale też ta kwestia nieszczęsnej spódnicy.
Znakomity francuski psycholog Jean Piaget pisał: za każdym razem, gdy robimy coś, co dziecko może zrobić samo, rabujemy mu część życia.
Zaraz, zaraz - powie ktoś, ale przecież dziecko jest zupełnie bezbronne, zależne od innych, trzeba mu pomóc. Owszem, nikt tego przecież nie kwestionuje. Chodzi jednak o coś więcej. O danie dziecku prawa do samodzielnego odkrywania i - na swój sposób - zdobywania świata, odnoszenia skucesów, ale i ponoszenia porażek. Jak to w życiu...
Tymczasem... gdy obserwuje się mamy, ojców, dzieci - widać, jak nietrudno dziś o nadopiekuńczość.
Jako cecha charakteryzująca relacje między rodzicami i dziećmi ma (ona) swoje źródło w postawach rodzicielskich. Postawa rodzicielska jest względnie stałą strukturą psychiczną ojca lub matki, odnoszącą się do dziecka. Kształtuje się ona w rodzicach w ciągu ich życia, począwszy od okresu dzieciństwa, kiedy to obserwowali swoich rodziców w roli rodzicielskiej. Postawa rodzicielska zawiera wiedzę rodziców o dziecku, ich uczucia wobec dziecka oraz działania podejmowane w stosunku do niego.
Określając charakter postaw rodziców (osobno ojca i matki) wobec dzieci, bierze się najczęściej pod uwagę cztery właściwości: 1. bliskość uczuciową między rodzicami i dziećmi, określającą wielkość dystansu emocjonalnego między nimi; 2. pomoc i wsparcie udzielone dziecku przez rodziców; 3. swobodę dawaną dziecku, wyrażoną częstotliwością ingerowania przez rodziców w wybory i decyzje podejmowane przez dziecko oraz wielkość pozostawionej dziecku samodzielności; 4. wymagania stawiane dziecku i stopień kontrolowania ich wypełniania.
Nadopiekuńczość (albo nadopiekuńcza postawa rodziców wobec dzieci) charakteryzuje się uczuciową koncentracją na dziecku, roztaczaniem nad nim nadmiernej opieki („parasol ochronny”) i częstym wyręczaniem dziecka w jego obowiązkach. Wyraża się ponadto okazywaniem dziecku przesadnej miłości i czułości z jednoczesnym pozostawianiem dużej swobody w zakresie dokonywania wyborów. Nadopiekuńczy rodzice pozwalają na wszystko, na co ono ma ochotę, ulegają jego najbardziej dziwnym żądaniom, rezygnując często ze swoich potrzeb. Tolerują niedopuszczalne czyny, jak bicie innych dzieci, pisanie po budynkach czy niszczenie przedmiotów. Rodzice nadopiekuńczy są słabi w ustalaniu zasad i ograniczeń postępowania, a jeżeli takie są od czasu do czasu ustalane, to rzadko egzekwowane. Konsekwencja w tym względzie nie jest mocną stroną rodziców nadopiekuńczych; przyjmują jako wystarczający każdy powód nierespektowania ustalonych ograniczeń podawany przez dziecko. Są bardzo wyrozumiali dla błędów popełnionych przez dziecko, zawsze znajdują dla nich usprawiedliwienie.
W. i C. Backus, Moc rodziców, Lublin 1994; G. Smalley, Klucz do serca Twojego dziecka, Lublin 1995
Czym grozi nadopiekuńczość? Jak się przejawia?
Z jednego z licznych wypadów w odległy kraniec Polski pamiętam taki obrazek: dwójka dzieci w tym samym wieku, nieco ponad półtora roku. Jakieś spotkanie rodzinne.Oboje tych dzieci z rodzicami. Duże podwórko. Stoły, krzesła, trawnik, psy, koty. Sielanka. I tyyyyyyyyyle miejsca do biegania. Przez trzy godziny rodzice jednego z dzieci chodzili z an im krok w krok. Widząc, że gdzieś sam biegnie, zawracali chłopca, podnosili, robili z nim samoloty, podrzucali go, bawili się z nim piłką, brali na kolana - a to posiedzieć, a to dac pić, a to jeść. Widziałam na własne oczy - dziecko nie zrobiło ani kroku bez asysty na skądinąd dużym i bezpiecznym podwórku, gdzie dorośli w gruncie rzeczy mieli widok z daleka na cały plac - widzieliby więc i biegające dziecko. Co więcej, za maluchem chodziła nie tylko mama, ale i tata. Oboje prawie zawsze razem, oboje prawie non stop przy dziecku. Gdy chcieli zjeść, chłopca natychmiast przejmowała babcia. Zagadywani przez kogoś z rodziny o drugiego potomka młodzi rodzice odpowiadali: "Nie, nigdy w życiu, przenigdy. Dość już jest kłopotu z jednym. Będzie miał kolegów w przedszkolu, po co mu brat czy siostra."
Drugi chłopiec - w tym samym miejscu, w tym samym dokładnie wieku - biega od krzesła do krzesła, od drzewa do drzewa, od gościa do gościa, stając przy nogach krzesła, pytając: A co to? Uśmiechając się do gości. Rodzice chłopca siedzą przy stole ze wszystkimi, nieopodal ogrodowego grilla. Jedno z nich bardziej "na wylocie", z brzegu stołu, żeby w razie jakiegoś szalonego pomysłu dziecka, niebezpiecznego dla niego czy innych, szybko wyskoczyć na plac i zainterweniować. Dziecko biegające samo, co jakiś czas podbiegające do rodziców - a to po coś do zjedzenia, a to po picie, a to zobaczycć czy rodzice siedzą tam, gdzie siedzieli. Skrycie mówią jego rodzice, że przydałoby się mu rodzeństwo. Bo tak lubi dzieci, bo kiedyś by miał partnera do zabawy, bo lubi pomagać w domu mamie i tacie, próbuje coś pozamiatać, wkręcić jakąś śrubkę, przymierza się do pomocy przy przewijaniu swojej młodszej koleżanki, obserwując przy tej czynności jej mamę. Wchodzi na ogrodowy bujany fotel, podpatrzywszy uprzednio, jak na nim huśta się jego mama, próbuje robić to samo, nie wołając mamy do pomocy. Nawet mu się udaje. W tym momencie spostrzega to mama drugiego chłopca. Spieszy co sił z pomocą, a zobaczywszy, że tamten biega właściwie sam, czuje się w obowiązku... zabawić cudze dziecko. Bierze więc własne i to cudze za rączki, prowadzi to tu, to tam, biega za nim krok w krok, by przypadkiem gdzieś nie wszedł i nie spadł. najwyraźniej mysli być może, ze tamtego dziecka nikt kompletnie nie pilnuje. Tymczasem rodzice nie spuszczają z oka tego chłopca. Są od niego pięć - dziesięć metrów, widzą każdy jego ruch, przy okazji zresztą rozmawiając z innymi dorosłymi na zupełnie dorosłe tematy. Widać, że znają swoje dziecko i wiedzą, jakie ruchy i jaki rodzaj wdrapywania się np na krzesło czy ławkę ma opanowany juzżtak, by nie spaść. Patrzą na wysokosc ławki, na chybotliwośc krzesła, podchodzą, gdy istnieje choćby minimalne ryzyko, że zrobi się niebezpiecznie. Chłopiec sam zwiedza podwórko, zagląda w różne kąty, nie podchodząc jednak do grilla i samemu sobie na głos przypominając, to, co wcześniej mówili mu rodzice - że tam jest coś gorącego.Mama i tata drugiego chłopca jednak wciąz czują się w obowiązku zająć tamtym "porzuconym". Tymczasem "porzuconemu" wcale taka niby samotność nie przeszkadza. Inni goście się śmieją, że sam sobie radzi, a gdy głodny, śpiący czy spragniony, sam sobie jedzenie czy spanie , jak to mówią - załatwi. Nie chce chodzić za rączkę, bawić się w to, co mu każą i wymyślają tamci rodzice drugiego chłopca. Woli chadzać swoimi drogami, sam badać teren, przychodząc co jakiś czas sie przytulić do mamy i taty, którzy te przytulenia z czułością odwzajemniają.
Rodzice pierwszego chłopca, obaj ciągle za nim biegający, są zmęczeni - to widać.
Dwoje dzieci, dwa światy, dwa style wychowania. W tej sytuacji widać jak na dłoni, jak trudnio porozumieć się rodzicom róznych dzieci, prezentującym własnie odmienny styl wychowania. Do tego stopnia, że ci bardziej aktywni, zupełnie nieproszeni, czują się w obowiązku zającćcudzym dzieckiem, uznając najwyraźniej, że ono nikogo nie obchodzi.
A ja tak sobie myslę, ze gdzies między jedna a drugą parą tych rodziców przebiega bardzo cienka granica nadopiekuńczości. Dlaczego cienka? Bo nadopiekuńczość można przedstawić, zdefiniować, zobaczyć jej skutki, ale na to wszystko trzeba wziąć poprawkę. Trzeba uwzględnić fakt, że postawy rodzicielskie postawami rodzicielskimi, a każdedziecko jest inne. Dziecko może i rodzi sie trochę jak czysta niezapisana kartka, ale niezupełnie. Bo każdy z nas ma wrodzony temperament, który raczej trudno zmienić. Mamy też charakter czy - inaczej mówiąć - osobowość. Ją już można kształtować o wiele łatwiej.
Pojęcie temperamentu odnosi się do podstawowych, względnie stałych czasowo cech osobowości, które manifestują się w formalnej charakterystyce zachowania (parametrach energetycznych i czasowych). Cechy te występują we wczesnym dzieciństwie i są wspólne dla człowieka i zwierząt. Będąc pierwotnie zdeterminowany przez pierwotne mechanizmy fizjologiczne, temperament podlega zmianom zachodzącym pod wpływem dojrzewania i starzenia się oraz niektórych czynników środowiskowych
W ten sposób znany psycholog Jan Strelau definiuje pojęcie temperamentu.
W starożytności lekarz Hipokrates opracował rozróżnienie soków - sił życiowych, które miały wpływać na zachowanie jednostki. Teorię jego później uzupełnił inny lekarz tamtych czasów - Galen, który stworzył coś w rodzaju spisu temperamentów. I tak wyodrębnił następujące typy:
* choleryk ( z greki - chole - żółć) - ktoś gwałtowny, łatwo wybuchający, ale szybko rozładowujący negatywne emocje
* sangwinik (łac. sangue - krew) - ktos otwarty, towarzyski, pewny poczucia własnej wartości
* melancholik (z greki - melas chole - czarna żółć) - natura refleksyjna, skłonna do smutku, powoli reagujaca w rozmaitych sytuacjach, często koncentrująca sie na sobie samym
* flegmatyk ( z greckiego phlegma - flegma) - osoba powolna, reagująca w bardzo wolnym tempie na okreslone bodźce, często sprawiajaca wrażenie obojętnej na to, co dzieje sie w otoczeniu.
Współczesne definicje temperamentu, odwołujące się do emocji, nawiązują do klasycznej definicji G. W. Allporta, według którego temperament odnosi się do zjawisk charakteryzujących emocjonalną naturę jednostki, takich jak podatność na wzbudzenie emocjonalne, charakterystyczna dla niej siła i szybkość reakcji, dominujący nastrój łącznie z jego specyficzną zmiennością i intensywnością, które to zjawiska (...) są w przeważającej mierze dziedziczne. Tak rozumiany temperament jest jedną z tych dyspozycji, które niemal nie zmieniają się w ciągu całego życia. Posiada on dwa wymiary: pierwszy dotyczy zakresu obiektów i sytuacji, wobec których jednostka reaguje emocjonalnie; drugi odnosi się do intensywności uczuć wywołanych przez obiekty i sytuacje.
Anna Zellma, źródło
O osobowości w innych źródłach z kolei czytamy:
Osobowość jest terminem niezwykle trudnym do zdefiniowania, a podejście do osobowości różni się w zależności od stanowiska teoretycznego. Ogólnie można powiedzieć, że osobowość to charakterystyczny, względnie stały sposób reagowania jednostki na środowisko społeczno – przyrodnicze, a także sposób wchodzenia z nim w interakcje.
Ogólne teorie osobowości:
-
teorie typów: zakładają, że każda jednostka reprezentuje swoistą równowagę podstawowych elementów zgodnych z typem osobowości. Przykładem takiej teorii jest konstytucjonalna teoria Sheldona, mówiąca, że typy budowy ciała związane są z rozwojem osobowości.
-
teorie cech: opisują osobowość jako zespół charakterystycznych dla danego człowieka cech. Cecha to względnie stała, charakterystyczna dla jednostki, zgeneralizowana tendencja do określonych zachowań, przejawiająca się w różnych sytuacjach. Przykładem takich teorii są m.in.: teorie Allporta, Cattella czy też Eysencka. Jedną z najbardziej znanych jest teoria Wielkiej Piątki, wyznaczająca pięć głównych cech, występujących z różnym natężeniem i w różnych konfiguracjach u każdego człowieka. Cechy te to: neurotyczność, ekstrawersja, otwartość na doświadczenia, ugodowość i sumienność.
-
teorie psychodynamiczne i psychoanalityczne: klasyczne teorie Freuda i Junga, czy późniejsze: Adlera, Fromma, Horney. Na ogół kładą nacisk na czynniki rozwojowe przy założeniu, że osobowość dorosłego człowieka rozwija się w czasie, w zależnośći od stopnia intergracji czynników. Ważne są tu podejścia motywacyjne. Ponadto w klasycznym podejściu psychoanalitycznym Freuda, kładzie się nacisk na rolę procesów nieświadomych, konfliktów i centralną rolę popędów w rozwoju osobowości. Freud wyznaczył także trzy struktury psychiczne osobowości: id, ego i superego.
-
podejście behawioralne: nie powstały konkretne behawioralne teorie osobowości, ale pod wpływem rozwoju behawioryzmu, naukowcy zaczęli się przyglądać osobowości z perspektywy środowiska: na ile zależy ona od stałości środowiska i otrzymywanych wzmocnień.
-
teorie humanistyczne: w przypoadku teorii humanistycznych istnieje trudność w empirycznym weryfikowaniu wprowadzonych pojęć. Autorzy tacy, jak Abraham Maslow czy Carl Rogers opierali się głównie na fenomenologii (najważniejsze są subiektywne doświadczenia jednostki), holizmie i naturalnym dążeniu do samorealizacji.
-
poznawcze podejście do osobowości: osoba traktowana jest tu jako pewna całość, teorie koncentrują się na pojęciu JA (obrazie własnej osoby), które odpowiedzialne jest za nadawanie sensu doświadczeniom. Osobowość jest traktowana jako system wiedzy osobistej, wykorzystywanej przy interpretacji doświadczeń i sterowaniu zachowaniem; jest to wiedza naturalna (potoczna, intuicyjna), gorąca (silnie związana z emocjami), często słabo uświadamiana, o charakterze pragamatycznym.
Istnieje oczywiście wiele innych teorii osobowości, między innymi modele integrujące różne podejścia, eklektyczne.
Kofta M. red. (2000) Osobowość i różnice indywidualne. W: Strealu J. (red) Psychologia. Podręcznik akademicki T.II, Gdańsk GWP.
Reber A. (2000). Słownik psychologii Warszawa: Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR.
Siuta J. red. (2005) Słownik Psychologii. Kraków, Wydawnictwo Zielona Sowa.
Źródło: psychologia.edu.pl
Do czego właściwie nam - rodzicom potrzebne jest takie rozróżnienie dotyczące temperamentu i osobowości?
Gdy naszym zadaniem jest wychowac młodego człowieka, warto, tak jak i w każdym innym zyciowym działaniu, w tejniezwykle ważnej dziedzinie postawić sobie cele. Na kogo chcemy wychowac nasze dziecko? W którym kierunku chcemy modelowac jego osobowość? Czy chcemy, by było samodzielne, szukające rozwiązania w trudnych sytuacjach, ale kiedy trzeba umiejące poprosić o pomoc? By było otwarte, szanowało siebie i innych? By pomagało i pozwoliło pomagać sobie? By miało poczucie własnej wartości i wartości tego, co robi? Było asertywne i nie bało się wyrażać swoich pragnień? By potrafiło mówić o uczuciach? Nie wyładowywało złości w szkodliwy dla siebie czy innych sposób?
Trzeba więc wybrac takie działania, które te zdolności w dziekuk rozwiną. Dostosować je jednak nalezy do dziecięcego temperamentu. Stąd nie warto wymagać, by nasza pociecha na przykład robiła coś szybko, bo tak robi syn sąsiada. Unikajmy też porównań w stylu: zobacz, Jasio nie płacze, a ty tak. Jesteś mazgaj.
Jasio nie płacze, bo nie ma ku temu powodu, tymczasem na przykład nasze dziecko za pomocą płaczu wyraża swoją złość. Ma do tego prawo, bo też i ma prawo złość odczuwać i dać jej wyraz, tak jak potrafi. Jeśli pozwalamy dziecku wyrażać radość, pozwólmy i pokazać mu w bezpieczny sposób złość. To uczy dziecko szacunku do siebie samego. Widzi ono, że jego uczucia są ważne, że ma do nich prawo, że to nie jest tak, że nie wolno płakać i nie wolno czuć się źle. Nas z kolei jako rodziców może to nauczyć szacunku i akceptacji w stosunku do temperamentu dziecka, które na przykład nie tylko że względu na cechy wrodzone, ale i na wiek denerwuje się znacznie szybciej niż my. Z kolei dziecko o temperamencie "powolnym", dodatkowo na przykład zwalniające i zbaczające z drogi w czasie spaceru, by, jak wszystkie dzieci, obejrzecćjakiś kwiatek czy pieska, pomoże zwolnić także i nam, spojrzeć na życie i świat z innej perspektywy, przestać tak gonić i pędzić. Zajmując się więc dzieckiem, pamiętajmy zawsze, że to, czego od niego oczekujemy, trzeba przepuścić przez pryzmat jego wrodzonych cech. Nie oznacza to - rzecz jasna - że mamy pobłażać maluchowi we wszystkim. chodzi raczej o pewną wychowawczą elastyczność i równowagę, umożliwiającą dziecku harmonijny rozwój.
Z kwestią wymagania i modelowania zachowań dziecka łączy się często zjawisko nadopiekuńczości. No bo jak postępować dobrze, ale tak, by nie przedobrzyć?
Nadopiekuńczość może mieć swoje źródło albo w chęci nadmiernego ochraniania własnych dzieci, albo w uzależnieniowym wręcz do nich przywiązaniu. Zdarzać się może, zwłaszcza w przypadku synów, że matka w jakiejś kwestii, niekoniecznie dotyczącej wychowania, nie moze porozumieć się ze swoim mężem, odczuwa jakiś brak w małżeńskiej relacji, czuje się nierozumiana, niekochana.Wtedy zdarza się tak, że matka czyni sobie z syna, niejako instynktownie, nieświadomie, zastępczego męża w sensie emocjonalnym. Oznacza to, ze buduje ona swoje poczucie wartości i godności na tym, że kocha syna, a od syna oczekuje wzajemności,spełniania jej pragnień, patrzenia na życie z jej punktu widzenia.W ten sposób chce ona kształtować życie swojego dziecka i na przykład oburza się, gdy latorośl wybiera inne studia niż te, o których marzyła matka. Może być i taka nadopiekuńczość, która wynika z niespełnionych ambicji rodziców, wtedy oni swoje własne marzenia próbują przypisać dziecku i ułatwiają mu ich realizację, nie wsłuchując się w to, jakie pasje i zainteresowania w istocie ma ich dziecko.
Jest też nadopiekuńczość nadmiernie chroniąca dziecko już od samego urodzenia. Coś, co potocznie nazywamy wychowaniem pod kloszem. Usuwanie z drogi dziecka wszelkich przeszkód. Pozornie po to, by dziecku było w życiu łatwiej. W rzeczywistości jednak jet to swego rodzaju okaleczanie potomstwa, bo syn czy córka uczą się, że wszystko za nich robi się samo, że w życiu nie trzeba się starać, wysilać, bo wszyscy sprzyjają temu, co oni zamierzą. To kształtuje postawę zgoła niekreatywną. Miałam do cznienia z takimi rodzicami i dziećmi w pracy nauczycielskiej. Nie zrobił pracy domowej, bo nei umiał, bo nie miał ksiązki itp. I nie pofatygował się, by ten problem rozwiązać. Innym razem rodzic przyszedł udowodnić nauczycielowi, zę dziecko umie coś, czego de facto nei umie. Jesli juz ktos to ma udawadniać, to - moim skromnym zdaniem - dziecko, nie rodzic. Przeciez w końcu rodzic w głowie dziecka nei siedzi, a to pociesze powinno zależeć na dobrych wynikach i adekwatnej do umiejętności ocenie. Taka niekreatywność może się później przekształcić w postawę roszczeniową i przyjęcie jako oczywistości faktu, że w dzisiejszym świecie niczego się nei zdobywa, lecz wszystko można załatwić po znajomości. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że w niektórych wypadkach nadopiekuńczość... może być korupcjogenna.
Istnieje jeszcze jeden rodzaj nadopiekuńczości, o którym pisze się i mówi rzadko, a właściwie prawie wcale. To nadmierne organizowanie czasu dziecku. To właśnie przyszło mi na myśl, gdy opisywałam wyżej sytuację tych dwu chłopców w tym samym wieku. Pamiętam, jak sama, gdy moje dziecko miało kilka miesięcy, miała dylematy - zostawić je bawiące się w łóżeczku na 10 minut, czy zawsze gdy nie śpi przynosić do nas, by przypadkiem nie miało za mało bodźców? Chyba każdy rodzic boryka się z podobnymi problemami. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach gdy taki nacisk kładzie się na edukacyjność wszelkich działań i zabaw oraz zabawek. A potem wysyła się dzieci na kursy, kursiki, doszkalania, bo przecież młodzież musi się rozwijać. Jak każda inna, i taka nadopiekuńczośc jest pułapką - i dla dziecka, i dla rodziców. I oni, i ono czują presję. Oni są zmęczeni, zagonieni, zaabsorbowani wynajdowaniem dziecku coraz to nowych zabawek. Bez chwili wytchnienia dla siebie. A przecież rodzicielstwo polega na byciu z dzieckiem i dla dziecka, wspieraniu go, a nie wyrzeczeniu się własnej tożsamości. Na wyrzeczeniu się pewnych rzeczy - owszem, lecz nie na pozbawieniu się absolutnie wszystkiego, bo to nie byłoby także dla dziecka konstrulktywne. Ono nas obserwuje, widzi, co jest dla nas ważne i w ten sposób niejako automatycnzie uczy się tego, ze albo człowiek zajmuje się w życiu wieloma ciekawymi rzeczai, których warto się od rodziców nauczyć, albo troszczy się jedynie i wyłącznie o dziecko. Stąd warto czasem przy dziecku porobić nieco swoich czynności, niech ono to widzi, może w ten sposób zrodzi się jego pasja? dziecko wszak najlepiej i najpiękniej uczy się świata i zasad nim rządzących oraz praw fizyki nie dzięki zabawkom edukacyjnym, lecz przez naśladowanie i obserwację.
Bezczynność, odrobina nudy też są dziekcu potrzebne. ma ono wówczas chwilę, by odpocząć - dzieci tak się męczą zabawą, jak my - dorośli pracą, wszak stanowi ona dla nich ogromny wysiłek poznawczy i wkład osobisty w ich wiedzę o otoczeniu i urządzanie świata, czynienie go sobie przyjaznym i bliskim. Odrobina nudy wyzwala w dziecku twórczą pasję poszukiwawczą i badawczą i przygotowuje do dużo większej kiedyś samodzielności.
Jesli młody człowiek prosi nas o pomoc na przykład w ułożeniu puzzli, nie odmawiajmy mu jej, lecz pozwólmy też na jego własną chwilę refleksji i skupienia. Motywujmy, ale nie wyręczajmy i nie planujmy wszystkiego za dziecko. Ono jest bystrzejszym obserwatorem niż nam się wydaje. Uczy się przede wszystkim nie tyle od nas, co z nas i dzięki nam.
I na koniec warto zapamiętać, że dziecko jest nie po to, jak to się czasem mówi, by je bawić czy zabawiać. Nie jest jeszcze jedną zabawką, której trzeba dostarczyć zabawki inne. To człowiek, jedyny i niepowtarzalny, który przygotowuje się do poznania świata i życia w nim.
W książce zatytułowanej "W głębi kontinuum" Jean Liedloff opisuje życie jednego z indiańskich plemion, szczególną uwagę zwracając na ich sposób wychowania dzieci. Indianie, kierujący się naturalnym instynktem, niezmiennym od wieków, nie bawią się z dziećmi. Po prostu z nimi są. Dzieci, będąć w chuście czy później biegając, dzielą z dorosłymi ich normalne, codzienne życie. Czują się pełnoprawnymi członakmi społeczności, w jakiej egzystują. Bawią się, naśladując dorosłych, ale i pozostając wciąż po dziecinnemu twórcze, spontaniczne i odkrywcze. Czują się częścią świata, a nie jego centrum. To sprawia, że już jako dorosłym nigdy nie przychodzi im do głowy nawet coś takiego, jak problem zaniżonego poczucia własnej wartości. A żaden z dorosłych Indian by nie pomyslał, że dzieci są absorbujące. One po prostu są. Kocha się je, żyje z nimi, nie zabawia, a pokazuje im świat. I już. I to wszystko. Po prostu.
Warto pamiętać o tym, gdy zobaczy się matkę, która z daleka pilnuje swoje dziecko. Z daleka, ale jednak bacznie obserwuje i przygarnia do siebie, gdy dziecko - a nie ona - tego pragnie. Ona jest niefrasobliwa? A może po prostu pozwala dziecku... żyć?

