"Czujesz się poetą spełnionym?
– Wiesz, ja nie bardzo wierzę w swoją poezję. To może wyglądać na
kokieterię, ale nie umiem sam ocenić swoich wierszy. Dopiero po czasie
widzę, jak to działa na ludzi. Pamiętają latami, wspominają je,
przynoszą na spotkania autorskie stare książki. Czy to spełnienie? Jak
w każdej robocie. Jak stolarz porządnie zrobi stół, to przeżywa pewnego
rodzaju spełnienie, kiedy ludziom dobrze się przy nim siedzi.
Herbert żalił się w swoim ostatnim tomie, że jego życie nie chce
zatoczyć koła. Że widzi „na moment przed kodą / porwane akordy / źle
zestawione kolory i słowa”. Są takie niedomknięte sprawy w Twoim życiu,
których żałujesz?
– Pewnie, nie umiem zamknąć wielu rzeczy. Miałem 21 lat, kiedy był
1956 rok. Byłem młodym dziennikarzem „Po prostu”, współtworzyłem kluby
inteligenckie i wydawało mi się, że da się zrobić ludzki socjalizm.
Czasami się szło – nie w poezji, ale w życiu – na jakieś układy. Może
nie były to straszne rzeczy, niemniej jednak czasem o czymś się
zamilczało, żeby coś zyskać innego. Dzięki Bogu, ja jestem na granicy
grafomanii w poezji. Na „technikę” nic nie zrobię. Mogę być głęboko
przekonany do różnych idei, ale kiedy przychodzi do pisania, wychodzą
mi rzeczy kompletnie przeciwko. Chowam je czasami do szuflady. A potem
okazuje się, że miałem w poezji rację. Że to, co się nie sprawdza w
poezji, co nie da się powiedzieć w dobrym wierszu – nie istnieje. To
jak z reklamą nieistniejącego produktu – od razu jest podejrzana.
Czyli język jest mądry?
– Tak, język jest mądry. Przeczytałem niedawno słownik hip-hopu. Z
jednej strony jest to jeden bluzg, ale z drugiej – szukanie nowych słów
do opisania rzeczywistości. Nie możesz dziś powiedzieć: jesteśmy
współobywatelami, bo to słowo zostało zrujnowane. Dzisiaj się mówi:
ziomal. Niby to jest fajne, trzeba tylko rozważyć, dlaczego tak się
mówi. Bo my jesteśmy ziomale – posadzeni jak kartofle na naszym polu. I
albo gnijemy, albo dojrzewamy, ale nie my sami o tym decydujemy. Albo
dlaczego się nie mówi: „ludzie, na których mi zależy”, tylko „target”?
Target to znaczy tarcza, czyli miejsce, w które ja oddaję swoje
strzały. To mi przynosi jakiś sukces strzelecki, ale ja nie szukam
kontaktu z tymi ludźmi i nie słucham ich. (...)
Kiedyś Julian Przyboś zapytał mnie: gdzie jest twój notesik? Zdziwiłem się: jaki notesik? A on pokazuje mi: ja tu zapisuję wszystko, co mi się zdarzyło, co widziałem – żebym nie zapomniał. I potem często robię z tego wiersze, a ty? Ja też wiele rzeczy widzę, ale jak o nich zapomnę, to znaczy, że one nie były warte pamiętania. Dlatego tak dużo pracowałem, żeby nie zostać profesjonalnym poetą, który idzie i ogląda świat oczyma poety. Jak pracujesz w grupie, to masz normalną relację z ludźmi, widzisz to wszystko od wewnątrz. Myślę, że należy sobie przeszkadzać w pisaniu wierszy. Żeby zbyt łatwo nam to nie przychodziło. Wiersze to jest moment wagarów, na które się ucieka, żeby zapisać coś, co jest konieczne. Co się przebija, pomimo największego zmęczenia. Co cały czas w nas pulsuje. A jak to gdzieś ginie po drodze, to znaczy, że nie miało w sobie tej siły."
Całość wywiadu czytaj TUTAJ

