– Jak się żyło podczas oblężenia Leningradu? – pytam. – Nie żyło się,
ale umierało – patrzy na mnie spokojnie, bez uśmiechu. I zaczyna
opowiadać. – Jeszcze jesienią jeździliśmy na pola zbierać liście, co
zostały po kapuście. Takie czarne, zakiszone, trzymaliśmy w słojach. W
sklepach staliśmy w długich ogonkach, żeby kupić resztki jarzyn.
Wcześniej, we wrześniu, dostawaliśmy takie wytłoczyny dla bydła. Te od
słonecznika dobre były, ale od musztardy obrzydliwe. Na początku nie
chcieliśmy ich jeść, a potem, jak nam się zachciało, już ich nie było.
W końcu zostaliśmy tylko z kawałkiem chleba – 12,5 grama dziennie na
jednego człowieka. To taka kromeczka. Zupełnie nic, pani. Ludzie padali
jak muchy. Najpierw mężczyźni, może dlatego, że potrzebowali więcej
jedzenia. Po drugie palili, pili i ten swój chleb wymieniali na wódkę i
papierosy.
Już jesienią 1941 ich ciała leżały pokotem na ulicach. Na początku
to się ich jeszcze chowało, ale potem w domach leżeli niepogrzebani.
Zima rozpoczęła się już w listopadzie, zamarzła Ładoga, mrozy trzymały
do wiosny. Nie było trumien, kto mógł, trupa zawiniętego w
prześcieradło ciągnął na cmentarz. Ale wielu brakowało sił, żeby
chodzić, a co dopiero trupy chować. Człowiek sam ulicą idzie, osunie
się, nikt mu ręki nie poda. Za chwilę go śniegiem zaniesie. Raz
musiałam pójść do zarządu domu za jakimś papierem, ale już nie było
elektryczności. Szłam po ciemku długim korytarzem i nagle się
potknęłam. Wyczułam, że pode mną leży zmarły. – Przeraziła się pani? –
Nie, zupełnie! Śmierć już była czymś tak zwykłym, że zupełnie
zobojętnieliśmy."
Całość wywiadu z 13-letnią wówczas Jadwigą Szymańską, Polką z Leningradu, czytaj TUTAJ
Więcej o tym wydarzeniu historycznym(8 września 1941-18 stycznia 1944)

