Follow us on Twitter
Start Czytelnia O dzieciach - dla rodziców O Jasiu - Strona 2

(6 głosów, średnia ocena 4.67 na 5)
Spis treści
O Jasiu
Strona 2
Wszystkie strony

 

Pewnego dnia, do osady zawitał nieznajomy. Skrajnie wyczerpany mężczyzna słaniał się na nogach, na sinym czole perliły się krople potu. Zabłądził wśród lasów i błąkał się tak już kilka tygodni. Cudem przeżył. Stara Marta zaoferowała się z pomocą przybyszowi. Mieszkała po wschodniej części doliny i jako jedna z pierwszych dostrzegła mężczyznę.
-    Myślę że to ja powinnam go pielęgnować. Jak wydobrzeje, to skopie mi grządki i naprawi dach stodoły. – mówiła. Wszyscy się śmiali, pewni, że wdowie chodzi raczej o usidlenie na stałe tajemniczego nieznajomego.
Mężczyzna jednak nie zdrowiał, po kilku dniach źle poczuła się również Marta. Następne doby przyniosły chorobę w ościennych domach. Morowe powietrze wdarło się do doliny niczym skłębione chmury gradowe. Tętniąca życiem wioska zamieniła się z dnia na dzień w niemal wymarłą. Wszyscy gnieździli się w domostawach zamykając szczelnie wrota. Strach zionął z każdego konta, wydobywał się z westchnienia każdej piersi. Wysoka gorączka, majaki i krwawienie dopadało w swoje szpony kolejnych mieszkańców. Odważni wywozili ciała poza zabudowania i palili wśród skał. Gdy było już bardzo źle, a pożywienia i drewna zaczęło już brakować spadł pierwszy śnieg. Dolina pokryła się śnieżnym puchem wlewając w serca nadzieję, że w raz z przymrozkami wymarznie też i zaraza. Kolejne dni mijały, a chłód dawał się we znaki. Kolejne trupy wywożone na wzniesienie przyprószał śnieg. Ziemia była zbyt twarda by kopać groby. Góra ciał rosła i było wiadomo, że morowe powietrze nie podda się tak łatwo.

***

Domu Jasia choroba nie ominęła. Po kolei zachorowała najpierw matka, potem ojciec. Kuba długo się opierał, jednak i on również poddał się gorączce. Jedynie Jasia zaraza się nie imała. Może dlatego, że uciekał do lasu, a może i ona wzgardziła jego chorym ciałem. Faktem jednak było, że teraz tylko on mógł pomóc rodzinie. Robił wszystko jak najlepiej umiał. Przygotowywał posiłki, poił i chłodził bliskich w malignie. Nieporadnym rękom nie raz wysuwały się przedmioty. Ale chłopak nie poddawał się. Pracował od świtu do nocy, nie oszczędzał się, ręce mu krwawiły, w oczach miał piasek, a do z jedzenia pozostawiał sobie tylko resztki posiłków.

Mijały tygodnie, w wiosce zapanował głód, brakowało drewna na opał, nie było komu chodzić po wodę. Ci, którym nie starczało sił, by wstać z posłania umierali w samotności, ci zaś, którzy trzymali się na nogach resztkami sił próbowali przeżyć za wszelką cenę. Już nikt nikogo nie znał, nikomu nie pomagał, sąsiad grabił sąsiada i liczyło się tylko to, by przeżyć do następnego dnia.
Pewnego razu Jaś zobaczył jakiś cień przy szopie. Gdy doszedł do jej wejścia, zobaczył jak Olek, stary sąsiad próbuje zabrać drewno.
-    Co pan robi? – spytał.
Mężczyzna nieco spłoszony obejrzał się i zastygł w miejscu. Po chwili opanował się.
-    Pożyczam drewno.
-    Ale nie mamy go dużo, nie starczy i dla nas.
-    Dla nikogo nie starcza, ale wiesz, że trzeba się dzielić. – Powiedziawszy to miał już wyjść, gdy malec zastąpił mu drogę.
-    Nie mogę pozwolić panu odejść.
-    Możesz, - zamachnął się ręką, ale zamiast głowy chłopca natrafił na próżnię. Chłopiec był zdrowy i silny, a on ledwo trzymał się na nogach.
-    Musze pomóc mojej rodzinie. Jak ty. Odejdź diable! – Krzyknął w przypływie bezsilności.
-    Nie mogę, już panu powiedziałem. Ale z tyłu szopy mam drewno z którym sobie nie umiem poradzić, jakby mi pan pomógł przytrzymać to pociąłbym je, a potem się podzielimy! – wykrzyknął Jaś dumny ze swojego pomysłu.
Mężczyzna rzucił okiem na stertę bali w rogu.
-    Dobrze.
-    
Kilka dni później zdarzyło się coś podobnego. Wówczas to, do domu wkradła się Katarzyna, chuda sprzed okresu zarazy, teraz przypominała wijącą się nić. W domu została przy życiu tylko ona, a teraz zabrakło jej  jedzenia. Wiedziała, że u Jasia znajdzie czego je trzeba. Ale chłopak i tym razem obmyślił plan. Katarzyna została u nich, w zamian za strawę i dach nad głową szykowała jedzenie z tego co przyniósł do domu Jaś. Kobieta była chora, ale jeszcze nie tak obłożnie i była w stanie pomóc kalece tam, gdzie jego niezgrabne ręce nie były w stanie sobie poradzić.
Wielokrotnie przychodził jeszcze do rodziny Jasia jakiś człowiek w potrzebie, a chłopiec umiał pomóc tak, by o kradzieży nie było mowy. Jednak nie zawsze trafiał na dobrych ludzi. Bieda, głód i choroba wyniszczała ciała, czasem i ich serca.  Gdy pojawiał się taki ktoś grabił to co z trudem przyniósł z lasu Jaś. Czasem, gdy chłopak swoim zwyczajem próbował rozmawiać, wracał do domu poobijany.

Mijały tygodnie, zima zelżała, a z nią odeszli najciężej chorzy. Ci, którym udało się jakoś przetrwać wracali do zdrowia.  Jaś był bardzo szczęśliwy. Cała jego rodzina, mama, taka i brat przeżyli. Mieli się coraz lepiej i powoli wracali do swoich obowiązków. Nie powiedzieli słowa dziękuję, ale kaleka był pewien, ze kiedyś to nastąpi. Zasłużył przecież.
Gdy wiosna była już w pełni, Katarzyna wróciła do swojego domu, a życie u Jasia płynęło dawnym tempem. Kaleka pogodził się z tym, ze jego trud nie będzie nigdy doceniony i uciekał jak zawsze do lasu. Niestety jednego dnia wrócił do domu dziwnie zmęczony. Następnego poranka nie był w stanie wstać z łóżka. Trawiła go gorączka. Zaraza ostatnim uderzeniem zaatakowała jego wyczerpane ciało. Teraz on leżał chory i potrzebował pomocy.
-    Żeby nie zaraził Kuby – martwił się ojciec.
-    Jak mógł się zarazić, skoro morowe powietrze odeszło – żaliła się matka.
Nie wiedzieli co zrobić. Na szczęście pomyśleli o Katarzynie. Mieszkała sama, na nikim jej już nie zależało. Postanowili przenieść Jasia do jej chaty do czasu aż nie wyzdrowieje. Kobieta chętnie na to przystała. Była chłopcu wdzięczna za pomoc i uratowanie życia.
Jaś dobrze czuł się u kobiety.
Długimi jeszcze wieczorami rozmawiali ze sobą, o drzewach, roślinach i zwierzętach, o tym wszystkim co chłopiec kochał. Z dnia na dzień słabł i choć Katarzyna robiła wszystko co w jej mocy niedługo musieli zrezygnować z wieczornych rozmów. Za jakiś czas przestali w ogóle ze sobą rozmawiać, Jaś bełkotał tylko coś w maglinie. Po kilku dniach zmarł. Przez ten czas ani razu żadne z rodziców go nie odwiedziło, nie zapytało jak się czuje. Za to codziennie przychodził Olek, co chciał mu ukraść drewno i wszyscy inni, którym pomógł w potrzebie. Nikt się nie bał, że znów zachoruje, tak jak kiedyś on, tak oni teraz pragnęli go ratować.
Teraz czuwali przy łóżku zmarłego i nikt nie widział kaleki, głupiego, odmieńca. Był ich przyjacielem. Był taki sam jak oni, a może nawet lepszy. Swoją postawą nauczył ich, że nie pozory – wygląd, kalectwo – świadczą o człowieku, ale serce, a te miał czyste jak kryształ.

Trzeba tu jeszcze powiedzieć o rodzinie Jasia. Wiadomość o śmierci ich zaskoczyła. Lecz nie byli wyjątkowo zmartwieni.
-    Biedny był, kaleką, nie będzie już cierpiał. Teraz jest szczęśliwy. – podsumował ich myśli ojciec. Był ich synem, ale nie znali go.

I tu kończy się historia Jasia. Historia smutna, ale prawdziwa. Na świecie wciąż rodzą się kolejne dzieci. Piękne i rumiane i te odmienne, chore. Wszystkim Bóg dał duszę i serce. U jednych widać je jak na dłoni, u drugich trzeba się przekłuć przez pancerz skośnych oczu, powyginanych rąk i ciągle cieknącej śliny. Ale gdy już się człowiek przez tą warstwę przebije, zobaczy, że każdy człowiek jest w gruncie rzeczy taki sam, a często trud i cierpienie są jak ostre kamienie na dnie morza, potrafią wyrzeźbić diament.



 
Share
Polish English French German Icelandic Italian Russian Spanish Swedish Ukrainian
Nasi przyjaciele
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
Nasza strona na Facebook'u
ABC rodzica na Twitter
Kanał RSS