Po jakiemu to? Ano po polsku (niby). Gdy jednak słyszę takie zdania, to aż mną trzęsie. Wszystko się we mnie buntuje - we mnie jako matce, jako polonistce, ba, jako Polce nawet. Zdania tego typu często gęsto słyszę na spacerach. Moje dziecko słyszy je również i, przyznam szczerze, jets kompletnie zdezorientowane. Bo nie wie, o co chodzi i czego od niego chcą. Ktos powie - co za matka, nie gada z dzieckiem czy jak? Ja zaś powiem : owszem, gadam, i to dużo, czasem tak dużo, że już proszę moje dziecko, które gada tyle, co ja, żeby na moment przestało i, że tak żartobliwie powiem, pozwoliło zapaść ciszy. A zaczyna się zupelnie niewinnie - od groszków i fasolek. Że co? Co mają do tego fasolki i groszki? Ano mają. Fora internetowe pękają w szwach. Na nich wpisy mam, że ich fasolka ma tyle i tyle i rośnie sobie w brzuszku. Ja tam nie wiem, ja warzyw w brzuchu nie mam - ja mam dziecko. Nie żebym się szczegółów czepiała, ale te groskzi i fasolki takie niepowazne, infantylne mi sie wydają. No, nic, może to kwestia gustu. Ale im dalej - tym gorzej. Potem jest rozmaite "cacy" i inne "kosi-kosi". Ba, jedna z moich koleżanek znalazła nawet w jakimś podręczniku dla mam z lat siedemdziesiatych wyraźną wskazówkę, by do dziecka nim osiągnie trzy miesiące, nie mówić pełnymi zdaniami... Powiem wprost - mnie takie zachowania i wskazówki irytują. Po co uczyć dziecko języka, który nawet nie jest dziecięcym (bo przecież nie dzieci go wymyślają i używają, ale te wszystkie ciocie i babcie), a którego potem trzeba je oduczać. Do dzieci mówi się normalnie - to nieprawda, że one nie rozumieją. Zaczynają rozumieć takie słowa, jakich my używamy, jakich my je uczymy. Po prostu - rozumieją to, co słyszą. Jeśli mówi się do nich normalnie, potem też bardzo wcześnie rozumieją, o czym rozmawiają dorośli między sobą. I również wcześnie zaczynają mówić w sposób zrozumiały. A potem dziwi to ciocie i babcie, ja zaś nie rozumiem tego ich zdziwienia. No bo co w tym dziwnego, że mały Polak mówi poprawnie po polsku?

