Tak, ja rozumiem, obce słowa są potrzebne, nie przeczę, sama ich używam, żeby np w tekście powtórzeń uniknąć albo zwyczajnie go ubogacić. Ale czasem, widzącą jakieś językowe czy stylistyczne dziwolągi mam ochotę zawołać:"litości!".
Załóżmy, że tę "rewitalizację" urzędu już przetrawię (choć trudne to dla mnie niepomiernie), ale kiedy widzę, jak redaktor, skądinąd polonista - w swoim profilu zawodowym na jednej z ogólnopolskich stron pisze, że tworzy artykuły "o tematyce parentingowej", to już nie wiem - śmiać się czy płakać?
Moda - ktoś powie. No dobrze, ale czy uleganie jej nie powinno mieć jakichś granic? Nie rozumiem, po co ten "parenting". Że niby naukowiej? Dostojniej? Poważniej? Fachowiej? Może to tak wygląda, ale co z tego? Scjentolodzy też unaukowiają w języku, co się da i co z tego wynika? Już nie tylko językowa śmieszność, ale dezinformacja i ogólny, nie tylko lingwistyczny, ale i ideologiczny bałagan, bo w efekcie nie wiadomo na pierwszy rzut oka, co oni reprezentują, jaki światopogląd - czy to, co "sprzedają" jako naukowe, naprawdę takie jest?
"Parentingowi" do takiego zamieszania, rzecz jasna, daleko, niemniej jednak razi. I To nie tylko dlatego, ze wygląda dziwnie, bo ma polski odpowiednik (niejeden zresztą), którego można uży: "rodzicielstwo", "macierzyństwo", "ojcostwo".Cos naturalnego od tysiącleci - bycie ojcem, matką, nagle staje się jakimś "-ingiem", niemalże zawodem czy dziedziną działalności - jak "consulting" czy "managing".
Zresztą, ja tam wolę "konsultacje" i "rządzenie".
A "parenting" przez gardło mi przejść nie moż. Ja w końcu nie uprawiam "parentingu". Jestem po prostu mamą i to moja życiowa rola, jedno z moich powołań,miejsc w tym świecie - obok bycia nauczycielem, pracownikiem itd. i żadne "-ingi" mi do tego niepotrzebne.
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}

