Gwałtowny atak globalnego ocieplenia, który przyniósł dwudziestodniowe
mrozy (gdyby nie ocieplenie, to pewnie byłyby trzydziestostopniowe i
przynajmniej zamknięto by szkoły), jeszcze raz dowiódł, jak bardzo
jesteśmy zależni od humorów natury. To banalne stwierdzenie nie
przeszkadza człowiekowi uważać siebie za pana przyrody. Stąd biorą się
z jednej strony w gruncie rzeczy buńczuczne stwierdzenia o ludzkim
wpływie na globalny klimat, a drugiej strony narzekania, że w XXI wieku
wciąż „zima zaskakuje drogowców”.
Jak to możliwe, że mimo wspaniałej cywilizacji, mimo odkryć i
wynalazków, które codziennie zbliżają nas do osiągnięcia stanu wiecznej
szczęśliwości, śnieg i mróz wciąż stanowią wyzwanie? Ludzie są
ewentualnie skłonni zgodzić się z bezradnością rządów wobec tsunami
albo wybuchu wulkanu, ale żeby nie można sobie poradzić ze śniegiem?
Pewnie i można: wystarczyłoby, żeby rząd, który wspomaga budowę boisk
piłkarskich w każdej gminie, zdecydował się na uruchomienie programu
ich podgrzewania, a właściwie podgrzewania całego terytorium kraju.
Bylibyśmy wtedy pierwszym na świecie państwem ogrzewanym, śnieg topiłby
się jak należy i wszyscy byliby szczęśliwi. Skoro szejkowie potrafią
budować sztucznie naśnieżane trasy zjazdowe na pustyni, to może u nas
da się zamienić cztery pory roku w wieczną wiosnę?
Ja bardzo lubię wiosnę, więc gdyby jakaś partia ogłosiła program
radykalnego przedłużenia maja w Polsce, to zdobyłaby moją sympatię,
choć głosu bym na nią nie oddał. Przede wszystkim dlatego, że rolę
szejka w takim programie pełniłbym osobiście wraz z paroma milionami
podatników. Niestety, bez przyjemności bycia szejkiem. Dlatego nie
zachęcam polityków do poważnych debat na temat wyeliminowania
zaskoczenia atakiem zimy, zachęcałbym ich raczej do umiarkowania w
głoszeniu swojej omnipotencji.
Gdyby bowiem słuchać naszych przywódców (chwilowo u władzy,
chwilowo w opozycji lub odwiecznie na marginesie), którzy wędrują od
kamery do kamery, niczym dziady proszalne z odpustu na odpust, i
wszędzie prezentują swoją śpiewkę o własnej mądrości i głupocie innych
dziadów, to człowiek mógłby uwierzyć, że za chwilę nastąpią cuda. Na
razie cudem jest to, że dawniej dziad przemawiał do obrazu, a teraz
gada z obrazu. I to jest prawdziwa klęska żywiołowa, której można by
zapobiec. Gdybyż tak w zapale noworocznych postanowień bohaterowie
niskobudżetowych produkcji telewizyjnych obiecali umiarkowanie w
zawracaniu nam głowy za pomocą mediów! Ale, jak pisałem tydzień temu,
takie postanowienia mają, niestety, krótki żywot."
Tekst ukazał się w "Gość Niedzielny" 02/2009
{Mosmodule module=ArtBanners_bottom}

