Ale coraz częściej
wywołują jedynie ziewanie. Na chwilę tylko pojawiam się w tym
oknie, bo pan profesor Maciej Sablik poważnie zachorował. Mamy jednak
nadzieję, że bardzo szybko tu wróci, czego mu życzymy, pamiętając o nim
w modlitwie.
A tymczasem, odsuwam zasłony, rozglądam się. Ludzie wracają z
niedzielnej Mszy i wrzucają pieniądze do skarbonek Wielkiej Orkiestry
Świątecznej Pomocy. Zziębnięci wolontariusze uśmiechają się, choć
mogliby narzekać, chociażby na pogodę. Jacyś zakochani idą, trzymając
się za ręce. Pies szczeka na obojętnego gawrona. Pada śnieg.
Na szczęście zepsuł mi się telewizor, więc mogę oglądać to reality
show za oknem. I trochę się uspokajam. Bo jeszcze wczoraj mój obraz
świata był zupełnie inny: rakiety uderzały w Strefę Gazy, Rosjanie
zakręcali gaz, a Janusz Palikot wyzywał Grażynę Gęsicką od najgorszych.
To oczywiście też działo się naprawdę, podobnie jak ustawki kibiców pod
moim blokiem, jednak rzecz tkwi w proporcjach. Oglądając telewizję,
można odnieść wrażenie, że świat jest nieustanną walką, w której nie ma
miejsca na radość, życie rodzinne i dobre słowo. Nawet zwykła prognoza
pogody coraz częściej straszy nas kataklizmami – jak nie dziura
ozonowa, to znów globalne ocieplenie. Tak jakby nigdy wcześniej w
historii nie zdarzały się cieplejsze lata. Zresztą, kto by tam myślał o
globalnym ociepleniu, kiedy wolontariuszom Orkiestry kostnieją ręce i
odmarzają nosy. Tylko ich obecność za oknem zgadza się z tym, co można
wypatrzyć w oknie telewizora. Ale takie cuda zdarzają się raz w roku.
Jarosław Marek Rymkiewicz powiedział kiedyś, że obraz Polski
przekazywany w mediach jest kłamstwem, bo oglądamy go z perspektywy
warszawskich czy krakowskich elit, które o życiu polskim wiedzą bardzo
mało albo nie wiedzą nic. Tymczasem „Polacy kochają się i pracują,
rodzą się im dzieci. Mieszkają w swoich własnych domach ze swoimi
własnymi zwierzętami i darzą się wzajemną miłością. Koty i psy śpią u
ich stóp. Potem wszyscy umierają – to także jest dobre” – mówi pisarz.
Myślę, że można to rozszerzyć na obraz świata w ogóle. Patrzymy na
niego z perspektywy mediów, które za wszelką cenę chcą przyciągnąć
naszą uwagę. Straszą nas albo wymyślają rozrywkę, na którą nikt w
normalnym życiu nie miałby ochoty. Ale zaszokować jest coraz trudniej,
dlatego – przynajmniej u mnie – telewizja coraz częściej wywołuje
ziewanie.
Za moim oknem nie ma (na szczęście) Palikota, nikt się publicznie
nie obnaża, żadne gwiazdy nie tańczą na lodzie. Co najwyżej dzieci
czasem robią sobie ślizgawkę. Chętnie poślizgałbym się z nimi."
Tekst ukazał się w: "Gość Niedzielny" 03/2009

