721
(1 głos, średnia ocena 5.00 na 5)
"Domoś, Odlotka i inne dziwolągi z mojej okolicy"
W ostatnim czasie na naszym rynku wydawniczym pojawiła się pierwsza książka wydawnictwa dbajki.pl; cieniutka 32-stronicowa, kolorowa książeczka z kilkunastoma historyjkami autorstwa Jovanki Tomaszewskiej i Wojciecha Kołyszko. Autorzy poczytni, "specjaliści" w kwestiach dziecięcych uczuć. Ponadto część dochodów ze sprzedaży książki jest przeznaczona na działalność Klubu Drabina Rozwoju Kobiet, który pomaga podopiecznym Domów Samotnej Matki i Dziecka.
Autorzy polecają nam wsłuchać się "w opowieści o niezwykłych stworzeniach zaludniających dziecięcą wyobraźnię. Pozornie oderwane od rzeczywistości, otwierają zaskakująco realny świat dziecięcych potrzeb i marzeń, a także strachów, lęków i problemów. Każda z przedstawionych historii może być pretekstem do rozmów z dzieckiem o tym, co ono czuje, o czym myśli, czego pragnie i czego się boi; może stać się punktem wyjścia do wspólnego tworzenia własnych fantastycznych opowieści."
Wydaje mi się że takie książki są bardzo potrzebne, i to bardziej nam, dorosłym. Ta mała książeczka może przypomnieć rodzicom, jak dzieci patrzą na świat, gdzie zwykłe "przedmioty" nabierają charakteru magicznego. Kto z nas nie wyobrażał sobie, że w ciemnych kątach pokoju czają się duchy? :) W książkowych opowiastkach potworów nie ma, inaczej, istnieją stwory które da się oswoić, ba, dzięki którym można poradzić sobie z codziennymi dziecięcymi troskami. Każdy z nas był dzieckiem; to nie łatwy czas, dziecko ma mniejszą sprawczość, jest uzależnione od wyborów rodziców. I to nie jest bajka; świat naszych dzieci bywa pełen zakazów, niekoniecznie dla nich zrozumiałych.
A jak wiele sposobów na ukojenie smutków może być, podpowiadają historyjki z "Domosia". Sama wybieram Chmuriana :), to opowiadanie przypomniało mi, w jak prosty sposób można zapomnieć o troskach i poczuć się od nich wolnym. Dla mnie osobiście książka jest apelem do rodziców. Krótkie historyjki wręcz krzyczą "nie zmarnujmy tego", pozwalajmy dzieciom na magię, słuchajmy co mają do powiedzenia oraz zachęcajmy do tworzenia własnych historii, w sposób dla nich najprzyjemniejszy; poprzez malowanie, pisanie, opowiadanie. Dzieci XXI wieku też potrzebują być wysłuchane, zrozumiane. Zamiast włączania kolejnego dvd czy programu telewizyjnego, wymyślmy razem z naszymi dziećmi wspólna bajkę, jeśli nie mamy pomysłu, to dwa ostatnie opowiadania zamykające zbiór, są niedokończone, mają pomóc i zachęcać do stworzenia własnych opowieści. Osobiście polecam, i zapraszam do krainy wyobraźni; naszych dzieci oraz własnej.
Tytuł: DOMONOŚ, ODLOTKA I INNE DZIWOLĄGI Z MOJEJ OKOLICY Autor: Jovanka Tomaszewska, Wojciech Kołyszko Wydawca: Dbajki.pl Stron: 32 Format: 22,5x21,0 cm Oprawa: Miękka ISBN: 978-83-63033-00-2
Carla Barnhill: Niesforne aniołki. Spacer przez Biblię dla milusińskich. Przeł. E. Czerwińska. Il. E. Kucharik. Konsultacja wyd. polskiego ks. W. Chrostowski. Oficyna Wydawnicza „Vocatio”. Warszawa 2005.
Istota nieziemska, idealna, piękna, duchowa. Taka, co czasem zdaje nam się tak dobra, że aż nierealna. Niebiańska. Pomaga, wspiera, szepce do ucha dobre rzeczy, pilnuje. Jest.
Anioł.
Czy może być niesforny? Przekorny, zagubiony nieco? Już sam oksymoron w tytule Niesfornych aniołków nie daje czytelnikowi spokoju, zanim jeszcze po ową książkę sięgnie. Tytuł oryginału - Blessings Every Day- przełożony jest ciekawie i – co tu dużo mówić – zgrabnie. Rzecz to interesująca, bo uwagę naszą kieruje nie tyle na samą treść, ile na podtytuł i sprawia, że coraz baczniej zaczynamy się przyglądać projektowanemu w książce odbiorcy, którego Umberto Eco nazwałby czytelnikiem modelowym czy idealnym. Adresatem jest dziecko. Słodkie, kochane, milusińskie, takie, o które troszczą się rodzice – nie tylko w wymiarze materialnym, ale też duchowym i takim zwyczajnym, międzyludzkim. Bo każda książka, czy o Biblii, czy o przyrodzie, czy o czymkolwiek innym, jest okazją do bycia razem. Do nawiązania relacji.
Zbiorek Carli Barnhill stwarza ku temu świetną okazję. Zasiadają więc aniołki – te prawdziwe, stróżujące, niebiańskie, a raczej niebiańsko-ziemskie, przed snem na brzegu łóżka, siada dziecko i rodzic, i… czytanie przeradza się w modlitwę. W rozmowę, w sto pytań na temat nieba, tego, czy tam jest pięknie, czy Pan Jezus ma długie wąsy, czy jest podobny do ich własnego taty… Dzieci mimowolnie, wciągnięte w lekturę czy słuchanie tekstu, podejmują autorefleksję. I nagle w swych małych serduszkach uświadamiają sobie, że jest Bóg, który kocha, i są one – tak często przez swoich rodziców nazywane aniołkami. I że czasem te aniołki bywają niesforne, chodzące własnymi drogami, umorusane duchowo w rozmaitych „niegrzecznościach”. I słyszą, że Bóg właśnie takimi ich kocha. Pierwszy, po domowemu podany kerygmat.
Książka jest zaplanowana i skonstruowana niezwykle mądrze. Brak w niej nachalnego dydaktyzmu, brak też pustosłowia, tak – niestety - częstego w książkach dla dzieci. Dostajemy, a wraz z nami i nasze dzieci, do rąk rodzaj kalendarza, w którym zamiast naszych zapisków i planów na każdy dzień pojawia się Słowo wielkie i najważniejsze – Słowo Boże. Każda jednodniowa kartka zaczyna się cytatem Z Pisma Świętego – tego „dorosłego”, nie w wersji dla dzieci. Króciuteńkie historyjki czy pytania pod wersetem inspirują do rozmowy, nie pozwalają ograniczyć wieczornych spotkań z tą książką tylko do jej odczytania. To pierwsze spotkania ze Słowem, które już małego człowieka przygotowują w sposób naturalny do chrześcijańskiej medytacji, poszukiwania odniesień do słowa w życiu, a w sobie –odpowiedzi na owo Boskie wołanie. Autorka odnosi się do rzeczywistości dziecku niezwykle bliskiej, swojskiej i kochanej – domu rodzinnego, miłości mamy i taty, spotkań z kolegami, ulubionych zwierząt. Jest to także i dla dorosłego rzecz bardzo cenna – pokazuje bowiem, jak wszystko można przemienić w modlitwę i jak znaleźć receptę na dziecięce smutki i brak odwagi choćby przed pójściem do szkoły. Pokazuje, jak ważne są problemy dziecka – tak istotne że sam Bóg się nimi zajmuje i w swym Słowie daje na nie odpowiedź.
Spacer przez Biblię staje się niezwykłą przygodą, czymś więcej niż tylko zbiorem barwnych historii o Mojżeszu, Abrahamie czy Jezusowych cudach. Przeradza się w spotkanie z żywym Bogiem, a tym samym w pewien sposób diagnozuje też i po trosze wiarę czytającego rodzica.
Ogromne znaczenie ma fakt, że cytaty, dobrane na każdy dzień, ułożone są chronologicznie w cyklu rocznym (a nie liturgicznym), cykl roku kalendarzowego jest bowiem znacznie bliższy kilkuletniemu dziecku, które dopiero uczy się przeżywać liturgię. I tak, 1 stycznia zaczynamy od cytatu z pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, a 31 grudnia kończymy fragmentem z 22 rozdziału Apokalipsy św. Jana. Biblia w pigułce – chciałoby się rzec. Krótkie teksty na każdy dzień sprawiają, że książkę tę, jak Biblię, czyta się z dzieckiem powoli, bez pośpiechu, pozwalając, by bardziej karmiła serce niż umysł, a krótkie zdania zapadały w duszę i drążyły, przemieniały – i dziecko, i rodzica. Zapamiętanie jest dla dziecka proste i odbywa się niejako mimowolnie – barwne, precyzyjnie z dużą dozą humoru wykonane ilustracje przyciągają uwagę, każą się zatrzymać i spróbować odnieść treść obrazka do tekstu. Pokazują też per analogiam przymioty Boga – gdy czytamy o Bożym przebaczeniu i miłosierdziu, widzimy scenkę, w której dziecko przyłapuje niemal na gorącym uczynku (swojego najwyraźniej ulubionego) psa, który właśnie przewrócił doniczkę i wysypał z niej ziemię, robiąc bałagan, a tym samym przeszkadzając dziecku w przesadzaniu kwiatów.
Lekturę przeznaczonego na każdy dzień tekstu można – wzorem schematów medytacyjnych różnych duchowości dla dorosłych - zakończyć modlitwą - już nie myślną, lecz zwrotem bezpośrednio w drugiej osobie do Boga. Autorka książki i tu przychodzi z pomocą, proponując dwuwersowe wierszyki - modlitwy, w których też nie brak zdrowego humoru.
To wszystko powoduje, że dziecko odbiera wiarę i modlitwę jako coś naturalnego, wpisanego w życie małego i dużego człowieka, pozwala również myśleć, że Pan Bóg nie jest kostycznym i nieustępliwym starcem z siwą brodą, ale ma poczucie humoru i niezwykłe – ojcowskie - ciepło w sobie.
Czytanie tej książki z dzieckiem to świetny sposób na to, by oswoić je z Biblią i nauczyć – na całe życie- właśnie dziecięcego odnoszenia się do niej.
Ogromną rekomendacją dla tego zbiorku jest miniwstęp wybitnego biblisty polskiego ks. Waldemara Chrostowskiego, w którym kierując swe słowa do rodziców, daje on wyraz temu, jak bardzo docenia rodzicielską miłość i trud wychowania i wierzy w to, że rzeczywistym celem każdego ojca i matki jest wychować ludzi dobrych i szczęśliwych. Jest to głos bardzo cenny, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie nie brak pseudowychowawczych konsumpcjonistycznych idei.
Autorka i konsultant polskiego wydania książki wierzą w rodziców i w to, że dzięki książce dzieci znajdą drogę do Boga – nie tyle do wiedzy o Nim, ile do osobistej z Nim relacji. Nawet wtedy, gdy pozostaną jeszcze trochę „niesfornymi aniołkami”.
Agnieszka Jankowska
615
(1 głos, średnia ocena 5.00 na 5)
Wojtuś zarysował na czerwono motor w kolorowance. Trochę zmęczyła mu się ręka, więc postanowił zrobić sobie przerwę. Popatrzył na półkę z książkami. W pierwszej chwili zobaczył opowieść o „Kocie w butach” i wziął ją do ręki.
- Ach, Pręgus – powiedział do swojego czarnego kota siedzącego na łóżku – nie lubię tego kociaka z bajki – Niby dba o swojego Młynarczyka ale wszystkich dookoła oszukuje. Dobrze, że ty taki nie jesteś.
571
(2 głosów, średnia ocena 5.00 na 5)
Książka Łukasza Wierzbickiego - "DZIADEK I NIEDŹWIADEK" jest przeznaczona dla dzieci w wieku 6 - 12 lat.
Opowiada prawdziwą historię niedźwiedzia Wojtka, który w latach 1942 -1945 towarzyszył żołnierzom 2. Korpusu Polskiego. Ich wspólna przygoda rozpoczyna się w Persji w kwietniu 1942 roku. Żołnierze 22. Kompanii Transportowej kupili od miejscowego chłopca niedźwiadka sierotę. Wykarmili go skondensowanym mlekiem i pościelili legowisko w swoim namiocie. Wojtek, bo tak ochrzczono kosmatą maskotkę, sprawiał wiele zamieszania, ale był też źródłem mnóstwa radości. Stał się ulubieńcem całego batalionu, pocieszycielem w trudnych wojennych momentach.
Niedźwiadek uwielbiał się kąpać. Nie stronił od boksu i zapasów - zawsze dla zabawy. Chętnie podróżował wojskową ciężarówką. Apetyt mu dopisywał, szybko więc stał się wielkim niedźwiedziem brunatnym - przestał mieścić się w szoferce i zmuszony był przesiąść się na pakę samochodu.
W grudniu 1943 roku na pokładzie MS "Batory" Wojtek przeprawił się z Egiptu do ogarniętej wojną Europy. Tam bohaterski niedźwiedź uczestniczył w działaniach wojennych. W trakcie przygotowań do bitwy o Monte Cassino dźwigał pociski artyleryjskie. Jego podobizna została umieszczona na oficjalnym emblemacie kompanii.
Po zakończeniu wojny 22. Kompania Transportowa przeniosła się wraz z niedźwiedziem do Szkocji. Żołnierze rozjechali się po świecie, a Wojtek zamieszkał w ZOO w Edynburgu.
Zamknięty na swoim wybiegu niedźwiedź na dźwięk polskiej mowy unosił łeb i mruczał przyjaźnie. Podobno przyjaciele z wojska odwiedzali go i, ku przerażeniu obsługi ogrodu, wchodzili do klatki, by raz jeszcze pobawić się ze swym przyjacielem. Wojtek przeżył w edynburskim ogrodzie zoologicznym 16 lat - do grudnia 1963 roku.
Książka "DZIADEK I NIEDŹWIADEK" napisana jest bardzo barwnym, żywym językiem, bogato i dowcipnie ilustrowana przez Ireneusza Wolińskiego. Stanowi mieszankę zabawnych opowieści i pouczających faktów. Na dodatek udowadnia, że zwierzęta są wspaniałymi przyjaciółmi. I że życie potrafi być znacznie ciekawsze niż wymyślone historie...
W 70. rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej pokazuje polskim dzieciom życie codzienne żołnierzy, nawiązuje do wielu wydarzeń i postaci historycznych. Zawiera mapę, na której zaznaczono szlak bojowy 2. Korpusu Polskiego oraz kilkanaście autentycznych zdjęć niedźwiedzia Wojtka i "jego" żołnierzy. Wstęp do ksiązki napisał ostatni żyjący w Polsce żołnierz 22. Kompanii Transportowej 2. Korpusu Polskiego, opiekun Wojtka - profesor Wojciech Narębski.
Honorowy patronat nad książką objęła pani kapitan IRENA ANDERS, żona generała Władysława Andersa.
Oficjalny główny patronat nad książką objął pan minister Janusz Krupski z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych i wpisał tę pozycję w program obchodów 70. Rocznicy Wybuchu II Wojny Światowej.
Pozostali patroni: Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, Poznańskie Spotkania Targowe, ogrody zoologiczne w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i we Wrocławiu.
Książka ta powinna stać się pomostem, po którym polskie dzieci przejdą do poważnej literatury wojennej.
(opis ze strony wydwanictwa pointa - www.pointa.com.pl)
Pewnego wieczoru w dużym przestronnym salonie obudził się mały Płomyk. Zdziwiło go, to zobaczył wokół siebie. Było tam mnóstwo ciemnych i zimnych przedmiotów, cisza zdawała się wychodzić z każdego kąta salonu, kominek w którym leżał był jakiś obcy i inny niż to, co zapamiętał zasypiając. Wczoraj zanim zasnął było tu mnóstwo ciepła, światła i dobrej zabawy. Było dużo innych płomyków, które swoją zabawą i śmiechem czyniły kominek przyjaznym miejscem, w którym chciało się być. Teraz było inaczej, pokój zdawał się przytłaczać małego Płomyka, niewiele widział. Dlaczego nie było tu innych płomieni? Bez nich czuł się jakby mu czegoś brakowało, jakby był niepełny, jakiś za mały, za delikatny, za słaby.
" Michał Rusinek, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego, pisarz i świetny tłumacz (nowy przekład klasycznej wersji Piotrusia Pana i Wendy J. M. Barriego) wpadł na genialny pomysł, by zebrać – także za pośrednictwem mediów – przekleństwa wymyślone przez dzieci i na ich kanwie napisać wierszowany poradnik."
425
(1 głos, średnia ocena 5.00 na 5)
Oleczka - piłeczka Oleczka, jak mała piłeczka, Cała była rozskakana Do wieczora od samego rana. Energii miała za dziesięciu, Dlatego nie dało się jej uchwycić Na żadnym zdjęciu.
Komentarz: Opowiastka
dla dzieci, które nie wiedzą, jak komunikować o swoich potrzebach
oraz pragnieniach w sposób bezpieczny dla
siebie i innych.
Pewna mama wilczyca
miała trzy małe wilczątka: synków: Gniewka i Minka
oraz córeczkę Drobinkę. Wilczki uwielbiały bawić się w
polowanie, wdrapywać na mamę, udając, że to góra a czasem po
prostu turlały się po trawie. Rodzeństwo bawiło się z wielką
radochą. Mama kochała wszystkie swoje gryziątka.
Bartuś bardzo lubił guziki przy swoich koszulach, swetrach, no i przy płaszczyku. Uważał, że bardzo fajne były właśnie te przy brązowym płaszczyku, bo takie duże i spiczaste, do tego z pętelką. Lubił je zapinać i rozpinać. Jednak najprzyjemniej zapinało mu się czerwone guziczki przy niebieskiej koszulce. Bartusiowi, gdy brał je w palce, robiło się miło, bo dobrze pamiętał, jak niedawno zakładał tę koszulę, gdy szedł z rodzicami i bratem do kina na film o zwierzętach.
|
|