Przedwczoraj byłam na imprezie. Rzadkość to u mnie ostatnio. Ale okazja była ważna i jedyna w swoim rodzaju - ćwierćwiecze przyjaciółki.
Ciasto, wino i luźne pogaduszki to normalne przy takich okazjach.
A w tym konkretnym gronie to jeszcze jeden nieodzowny element – kącik pedagogiczny.
Niezależnie od tego gdzie się spotkamy, temat zawsze schodzi na wychowanie i problemy z dzieciakami, ewentualnie z dorosłymi, którzy źle do wychowania podchodzą.
Ja już jakiś czas temu zadeklarowałam się, ze właściwie jestem „byłym pedagogiem” i mnie te wszelkie dylematy nie dotyczą. Nie do końca sama wierzę w to co głoszę, ale co tam...próbowałam przekonać do tego towarzystwo „współpedagogów” w większości składające się jednak z pedagogów – praktyków. Wychowawcy z domów dziecka, przedszkolanki, nauczyciele akademiccy – zróżnicowane towarzystwo, ale w równym stopniu zaangażowane w swoją pracę.
Plus ja – wyluzowana recepcjonistka, rzucająca anegdotki na temat gości.
Raz czy dwa dałam się wciągnąć w dyskusje na temat zgubnych skutków reformy edukacji czy praktycznych sposobów postępowania ze zbuntowaną młodzieżą. Ale ogólnie trzymałam się swojej pedagogicznej emerytury i nie angażującej emocjonalnie pracy.
Nawet wymyśliłam sobie, że latem nie pojadę na kolonie z „trudną młodzieżą” a na urlopie zorganizuje sobie coś lekkiego.
A później przeczytałam artykuł o dzieciach z ośrodków faszerowanych psychotropami.
Wstrząsające? Obiektywnie tak, ale dla mnie akurat to żadna nowość.
A może właśnie dlatego ze znam to z autopsji, nie mogłam przejść obok tych „rewelacji” obojętnie?
Może dlatego czytając o nieznanych dzieciach z odległych miast – miałam przed oczami jakże dobrze znanych Karolinę czy Krzysia, którym własnoręcznie podawałam przepisane psychotropy...
Przez ponad 8lat praktyki pedagogicznej wiele widziałam, w wielu rzeczach uczestniczyłam wbrew własnej woli i własnemu sumieniu.
Leki psychotropowe zamiast...zamiast wszystkiego: terapii, wychowania, rozmowy. Są ośrodki (specjalne ośrodki wychowawcze, domy dziecka, pogotowia opiekuńcze) gdzie ponad połowa dzieci jest nimi faszerowana. Ośrodek zamyka się na wakacje, wychowawcy biorą urlopy, podobnie kucharki i administracja. A co z dziećmi, które nie mają rodziny, których nikt nie zabiera nie tylko na wakacje, ale nawet na święta? Cóż, wysyłane są na kolonie, obozy. Oprócz walizki, na drogę dostają worek leków psychotropowych wraz z karteczką, jak je podawać.
Najczęściej to zadanie przypada pielęgniarce, czasami wychowawcy. Ale tak czy inaczej, zawsze na naszych oczach mają miejsce ataki agresji lub wpadanie w odrętwienie.
Marzy nam się terapia zamiast pigułek. Gadamy o tym godzinami, przy każdym niemal spotkaniu w pedagogicznym gronie. Niestety poza gadaniem niewiele możemy...
Zresztą nie o tym miał być mój blog, ale o najnowszym odkryciu – że pedagogiem pozostaje się na zawsze, ze rzeczywiście jest się „naznaczonym do końca życia” jak ktoś mi ostatnio powiedział. Nawet pracując za biurkiem, bez zaangażowania w otaczające nas sprawy, w głębi duszy pozostaje się wrażliwym na sprawy dzieci i młodzieży.
To chyba dobrze, bo choć jestem na emeryturze, wciąż żyję losem moich (byłych już teraz, ale może i przyszłych) wychowanków...
A w tym konkretnym gronie to jeszcze jeden nieodzowny element – kącik pedagogiczny.
Niezależnie od tego gdzie się spotkamy, temat zawsze schodzi na wychowanie i problemy z dzieciakami, ewentualnie z dorosłymi, którzy źle do wychowania podchodzą.
Ja już jakiś czas temu zadeklarowałam się, ze właściwie jestem „byłym pedagogiem” i mnie te wszelkie dylematy nie dotyczą. Nie do końca sama wierzę w to co głoszę, ale co tam...próbowałam przekonać do tego towarzystwo „współpedagogów” w większości składające się jednak z pedagogów – praktyków. Wychowawcy z domów dziecka, przedszkolanki, nauczyciele akademiccy – zróżnicowane towarzystwo, ale w równym stopniu zaangażowane w swoją pracę.
Plus ja – wyluzowana recepcjonistka, rzucająca anegdotki na temat gości.
Raz czy dwa dałam się wciągnąć w dyskusje na temat zgubnych skutków reformy edukacji czy praktycznych sposobów postępowania ze zbuntowaną młodzieżą. Ale ogólnie trzymałam się swojej pedagogicznej emerytury i nie angażującej emocjonalnie pracy.
Nawet wymyśliłam sobie, że latem nie pojadę na kolonie z „trudną młodzieżą” a na urlopie zorganizuje sobie coś lekkiego.
A później przeczytałam artykuł o dzieciach z ośrodków faszerowanych psychotropami.
Wstrząsające? Obiektywnie tak, ale dla mnie akurat to żadna nowość.
A może właśnie dlatego ze znam to z autopsji, nie mogłam przejść obok tych „rewelacji” obojętnie?
Może dlatego czytając o nieznanych dzieciach z odległych miast – miałam przed oczami jakże dobrze znanych Karolinę czy Krzysia, którym własnoręcznie podawałam przepisane psychotropy...
Przez ponad 8lat praktyki pedagogicznej wiele widziałam, w wielu rzeczach uczestniczyłam wbrew własnej woli i własnemu sumieniu.
Leki psychotropowe zamiast...zamiast wszystkiego: terapii, wychowania, rozmowy. Są ośrodki (specjalne ośrodki wychowawcze, domy dziecka, pogotowia opiekuńcze) gdzie ponad połowa dzieci jest nimi faszerowana. Ośrodek zamyka się na wakacje, wychowawcy biorą urlopy, podobnie kucharki i administracja. A co z dziećmi, które nie mają rodziny, których nikt nie zabiera nie tylko na wakacje, ale nawet na święta? Cóż, wysyłane są na kolonie, obozy. Oprócz walizki, na drogę dostają worek leków psychotropowych wraz z karteczką, jak je podawać.
Najczęściej to zadanie przypada pielęgniarce, czasami wychowawcy. Ale tak czy inaczej, zawsze na naszych oczach mają miejsce ataki agresji lub wpadanie w odrętwienie.
Marzy nam się terapia zamiast pigułek. Gadamy o tym godzinami, przy każdym niemal spotkaniu w pedagogicznym gronie. Niestety poza gadaniem niewiele możemy...
Zresztą nie o tym miał być mój blog, ale o najnowszym odkryciu – że pedagogiem pozostaje się na zawsze, ze rzeczywiście jest się „naznaczonym do końca życia” jak ktoś mi ostatnio powiedział. Nawet pracując za biurkiem, bez zaangażowania w otaczające nas sprawy, w głębi duszy pozostaje się wrażliwym na sprawy dzieci i młodzieży.
To chyba dobrze, bo choć jestem na emeryturze, wciąż żyję losem moich (byłych już teraz, ale może i przyszłych) wychowanków...


Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.