Tytuł jest cytatem. Z mojego męża. Wyjeżdżamy często na wieś i, przyznam szczerze, wczoraj, w dzień wyjazdu do domu, mąż zaskoczył mnie dość oryginalnym pomysłem. Nazbierał pudełek, pudełeczek, przyniósł dorodnego mchu, paproci w nim rosnących, jakiś mały dąb, który pewnie ubiegłej wiosny z żołędzia wykiełkował.
Wieźliśmy to wszystko przez pół Polski, o dziwo, nawet się na półce samochodu nie rozsypało i nie wyschło, a skoro tylko zajechaliśmy, mąż wsadził to wszystko do balkonowej doniczki i obficie podlał. Jednak trzeba to było wstawić do mieszkania. Na balkonie zbyt słońce praży.
Dziś, starając się mchom stworzyć warunki jak najbardziej podobne do tych naturalnych - obficie je podlałam. I.... to nie równa się z żadnym podlewaniem kwiatów. W domu zapachniało cudnie. Po prostu cudnie. Mokrą leśną ziemią, mchem. I tak sobie hodujemy ten puszysty mini-dywan, zabrany spod wiejskiego domku.
Spoglądam dziś, urzeczona zapachem, do doniczki,a tam... jakiś malutki robaczek. No tak. Przywieźliśmy ze sobą cały ekosystem w wersji mini.
I wtedy pomyślałam - jak nam dziś, mimo mieszkań tonących w zielonych liściach, kwiatach, mimo spacerujących między roślinami psów czy kotów - jak nam w domach mimo tego wszystkiego brakuje przyrody. Zwyczajnej, normalnej, nie kupionej za 5.99 w supermarkecie. Takiej po prostu. Przyrody, której częścią jesteśmy. To widać dopiero, gdy ta przyroda zjawia się w domu. Wtedy też i przynosi - obok zachwytu - jakże cenne poczucie braku, ulotności, względności tych naszych cywilizacyjnych cudów.
Dlaczego do przyrody, by ją spotkać - trzeba zawsze bez mała uciekać? Przecież to nie jest naturalny porządek rzeczy, prawda?

