| Spis treści |
|---|
| Smutno |
| Strona2 |
| Wszystkie strony |
Bardzo mnie ujął ten zwyczaj w mężowskiej rodzinie. Przejęłam go do własnej. i rok temu, i dzis, syn był z nami na pogrzebie, z nami też żegnał ciało. Ile rozumiał z tego - nie wiem, ale skoro bywa z nami na slubach, urodzinach, obchodiz z nami święta, dlaczego ma nie byc i na pogrzebie? Może gdzies w podświadomości zakoduje sobiue obraz jakiejs niezrozumiałaej dla niego sytuacji, w której wsyzscy płaczą? Może to będzie jego jedyne własne długotrwałe wspomnienie o praprababci, która przez to, jak mnie wychowała, miała na jego życie tak duży wpływ?
A ja?
Ze śmiercią kolejnej bliskiej mi osoby odkrywam coś nowego, a raczej odkrywam proces, który się we mnie zaczął i toczy, a dziś chyba jakoś dotarł na powierzchnię, do mojej świadomości.
Gdy byłam dzieckiem, w głowie mi sie nie mieściło, że ktoś, kto był od zawsze, nagle znika, nie ma go i już nigdy nie będzie. Trochę tak, jakby ktoś zabrał Absolut, który był i musi być zawsze. Myślenie dziecka.
Już dorosła - poczucie przede wszystkim straty, braku. Godzenie się z jej nieuchronnością.
Gdy w wieku dorosłym pochowałam kilka bliskich mi osób - tuż po poczuciu straty coś, co mozna by nazwać poczuciem nadziei.
Dziś cały dzień byłam u rodziców wzięłam stare zdjęcia, na dniach mamy wziąć kilka rzeczy z domu babci na pamiątkę. Rzeczy z historią jak stare krzesła itd. Mnóstwo historii, które kiedyś opowiem swoim dzieciom. Teraz, po kilku dniach od śmierci babci i po kilku godzinach od pogrzebu, mam czas nie płaczu, a wspomnień. Po prostu. Jestem spokojna o babcię, mając jakieś przeczucie, że jest tam, gdzie jest pięknie. Ale się i boję. O siebie. Boję sie czyśca. O piekle to nawet boję się myśleć. Coraz mniej traktuję śmierć bliskich jak stratę. Coraz bardziej jak chwilową rozłąkę. I pomyśleć, że jakby Jezus nie zrobił tego co zrobił- to ładnie byśmy wszyscy i nasza wieczność wyglądali.
I tak sobie myślę, że siłą rzeczy, by przeżyć śmierć wielu bliskich i nie zwariować, trzeba się do niej przyzwyczaić. Albo naoglądać się, potem olać, udawać, że jej nie ma (a to w gruncie rzeczy rodzi strach), albo naoglądać się, zobojętnieć, patrzeć w sufit i wciąż mysleć, że mnie to czeka, albo żyć, kochać życię i śmierć przemienić w nadzieję. Taką, co nie odbiera radości, ale nią życie napełnia i uzupełnia. I tu wsyztsko w gruncie rzeczy, ta nasza postawą wobec śmierci - jest kwestią wyboru. Moja prababcia, od kiedy pamiętam, zawsze wybierała tę ostatnią opcję.
Życie przez to miała niewątpliwie trudne, ale jakże piękne.
Osobisty dziś ten wpis, wiem, i kilka następnych też pewnie będzie takich, ale czyż w końcu blog ne ejest osobistą formą wypowiedzi? Nawet jeśli nie jest, to czasem bywa.

