Follow us on Twitter
Start Blogi Blog mamy mlekoholika Smutno

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Smutno
Strona2
Wszystkie strony

 

Smutno, ze wspomnieniami, z nostalgią, tak będzie dzisiaj. Postaram się niedługo pisać, boję się przegadać temat. A jednocześnie tyle sentymentów, tyle uczuć, tyle wspomnień, obrazów w pamięci, które zostaną już na zawsze.

 

 

 

 

Trudno pisać, raz się chce opisać wszystko, innym razem więzną słowa w gardle i na klawiaturze.

 Kilka dni temu zmarła moja prababcia, a praprababcia mojego synka.  Prababcia, która mnie wychowała do trzeciego roku życia, bo mama wróciła do pracy po macierzyńskim. Prababcia, która czytała mi książki niemal od urodzenia. Mnóstwo obrazów w pamięci, wspomnień. Dzis ją pochowaliśmy.

 Mamy takie zdjęcie - Wigilia Bożego Narodzenia 2007, pięc pokoleń - moja prababcia, moi dziakowie, moi rodzice, ja z mężem, siostra z mężem i nasz syn.

 W ciagu nieco ponad roku odeszły dwie osoby bedące na tym zdjęciu. Jedne z najbliższych dla mnie.

Prababcia była osoba niezwykła, nie tylko dla mnie, w ogóle. część rzeczy, postaw zyciowych, przejęłam od niej mimowolnie, pewnie nie wiedząc o tym. I wiele z tego, co ona przekazała mnie, przekażę i swoim dzieciom. Cieszę się, że mój syn ją poznał, że doczekała wiadomości o  będącym w drodze drugim praprawnuku czy praprawnuczce, że przeżyła ślub obu swoich prawnuczek. To się tak rzadko zdarza...

 Nie przeżyła swoich dzieci  jednak, musiała je pochować. Lata całe była wdową. Żyła troską o rodzinę, dawaniem siebie, haftowaniem serwetek. Nauczyła mnie szyć, robić na drutach i szydełku, haftować, lepić pierogi. Słonia Trąbalskiego przez nią czytanego ja pamiętać będę do końca zycia, mam w domu u rodziców nawet te egzemplarze książek, z których czytała.

 Tak trudno uprzątać babci mieszkanie, tak chciałoby się zachować wszystkie przedmioty, stojące od lat na tym samym miejscu, tak drogie od dzieciństwa mi choć pewnie dla kogoś innego tandetne bibeloty...

 

W mojej rodzinie w czqsach mojego dzieciństwa śmierć zawsze była jakimś tematem tabu. Nie zabierało się dzieci na pożegnanie z ciałem zmarłego w otwartej trumnie.

 W rodzinie mojego męża jest od zawsze inaczej, na pogrzeby i pożegnanie z ciałem zabiera się dzieci, smierc jest częścią zycia, jego elementem naturalnym i nieuniknionym - i tak jest traktowana.

 


 

 Bardzo mnie ujął ten zwyczaj w mężowskiej rodzinie. Przejęłam go do własnej. i rok temu, i dzis, syn był z nami na pogrzebie, z nami też żegnał ciało. Ile rozumiał z tego - nie wiem, ale skoro bywa z nami na slubach, urodzinach, obchodiz z nami święta, dlaczego ma nie byc i na pogrzebie? Może gdzies w podświadomości zakoduje sobiue obraz  jakiejs niezrozumiałaej dla niego sytuacji, w której wsyzscy płaczą? Może to będzie jego jedyne własne długotrwałe wspomnienie o praprababci, która przez to, jak mnie wychowała, miała na jego życie tak duży wpływ?

 A ja?

Ze śmiercią kolejnej  bliskiej mi osoby odkrywam coś nowego, a raczej odkrywam proces, który się we mnie zaczął i toczy, a dziś chyba jakoś dotarł na powierzchnię, do mojej świadomości.

 Gdy byłam dzieckiem, w głowie mi sie nie mieściło, że ktoś, kto był od zawsze, nagle znika, nie ma go i już nigdy nie będzie. Trochę tak, jakby ktoś zabrał Absolut, który był i musi być zawsze. Myślenie dziecka.

 Już dorosła - poczucie przede wszystkim straty, braku. Godzenie się z jej nieuchronnością.

 Gdy w wieku dorosłym pochowałam kilka bliskich mi osób - tuż po poczuciu straty coś, co mozna by nazwać poczuciem nadziei.

Dziś cały dzień byłam u rodziców wzięłam stare zdjęcia, na dniach mamy wziąć kilka rzeczy z domu babci na pamiątkę. Rzeczy z historią jak stare krzesła itd. Mnóstwo historii, które kiedyś opowiem swoim dzieciom. Teraz, po kilku dniach od śmierci babci i po kilku godzinach od pogrzebu,  mam czas nie płaczu, a wspomnień. Po prostu. Jestem spokojna o babcię, mając jakieś przeczucie, że jest tam, gdzie jest pięknie. Ale się i boję. O siebie. Boję sie czyśca. O piekle to nawet boję się myśleć. Coraz mniej traktuję śmierć bliskich jak stratę. Coraz bardziej jak chwilową rozłąkę. I pomyśleć, że jakby Jezus nie zrobił tego co zrobił- to ładnie byśmy wszyscy i nasza wieczność wyglądali.

 I tak sobie myślę, że siłą rzeczy, by przeżyć śmierć wielu bliskich i nie zwariować, trzeba się do niej przyzwyczaić. Albo naoglądać się, potem olać, udawać, że jej nie ma (a to w gruncie rzeczy rodzi strach), albo  naoglądać się, zobojętnieć, patrzeć w sufit i wciąż mysleć, że mnie to czeka, albo żyć, kochać życię i śmierć przemienić w nadzieję.  Taką, co nie odbiera radości, ale nią życie napełnia i uzupełnia. I tu wsyztsko w gruncie rzeczy, ta nasza postawą wobec śmierci - jest kwestią wyboru. Moja prababcia, od kiedy pamiętam, zawsze wybierała tę ostatnią opcję.

Życie przez to miała niewątpliwie trudne, ale jakże piękne.

 

Osobisty dziś ten wpis, wiem, i kilka następnych też pewnie będzie takich, ale czyż w końcu blog ne ejest osobistą formą wypowiedzi? Nawet jeśli nie jest, to czasem bywa.

 

 
Share
Polish English French German Icelandic Italian Russian Spanish Swedish Ukrainian
Nasi przyjaciele
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
Nasza strona na Facebook'u
ABC rodzica na Twitter
Kanał RSS