W sytuacji przeżywania żałoby i jakiejś przy okazji tego pogrzebu wyjątkowo długiej i długotrwałej zadumy nad tematem śmierci, wraca do mnie temat fotografii i wspomnienie pierwszej śmierci w mojej rodzinie, jakie odżywa w mojej pamięci.
Gdy zmarł nagle i niespodziewanie mój ojciec chrzestny, byłam dzieckiem. Miałam 9 lat. Do dziś pamiętam swój płacz i pociechę mojego dziadka: "no nie płacz, przeciez to nie twój tata". Z wujkiem nie byłam jakśs silnie związana, a jednak płakałam. Płakałam, bo chyba mnie po prostu przerażała nieuchronność śmierci. Nie, nie własnej, czyjejś.
Póżniej grzebałam w pudełku z fotografiami, co często robiłam (do dziś fotografie, jakie są w domu rodziców, znam na pamięć). Pamiętam, że wtedy chciałam podrzeć i raz na zawsze wyrzucić wszystkie zdjęcia wujka, bo przecież jego już nie ma i nigdy go już nie zobaczymy, więc żeby nie bolało, żeby szybciej zapomnieć... Nie podarłam ich tylko dlatego, że wiedziałam, ze dorośli tak nei robią. Nie wiedziałam jednak, dlaczego.
Potem , po wielu już latach, gdy byłam po ślubie, zmarła moja teściowa. Wtedy wciąż wracałam do jej zdjęć. Wtedy też odkryłam, że w rodzinie mojego męża od zawsze istnieje zwyczaj robienia zdjęć na pogrzebach - zawsze w tym samym momencie - robi sie zdjęcia zmarłemu leżącemu w trumnie, potem, gdy już truman jest wynoszona z kościoła i przy składaniu jej do grobu.
Dziś wciąż wracam do zdjęć i wspomnień o babci. Od wczoraj jej zdjęcie ze mną, małą roczną dziewczynką, wisi oprawione w ramkę w stołowym pokoju.
Dziś do głowy by mi nie przyszło niszczyć zdjęć. Chciałabym mieć i zebrać je wszystkie. Cenię sobie także te z pogrzebu, w końcu pogrzeb też jest częścią ludzkiego życia.
Dlaczego dziecko miewa czasme pomysły o wyrzuceniu zdjęć zmarłych?
Nie wiem, może dlatego, że czasem nie ma mu kto śmierci oswoić, wytłumaczyć? A może to po prostu kwestia czasu?

