Nie lubię chodzić na spacery. Nie, nie zrozumcie mnie źle. Za przebywaniem poza domem - przepadam. Ale jakoś do instytucji spaceru - wyjścia na spacer dla samego spaceru właśnie - przekonać się nie mogę.
Od zawsze tak mam, że kiedy gdzieś wychodzę, zawsze idę po coś - to zobaczyć, to pooglądać, to zwiedzić - i biorę ze sobą dziecko.
Spacer w gruncie rzeczy jest wyjściem "po nic". I dlatego pewnie go nie lubię. Jeśli po nic - to po prostu wolę być non -top na łonie przyrody, a nie wychodzić po nic. Spacer jako taki wydaje mi się instytucją sztuczną, miejską, ba, wbrew pozorom nienaturalną, stąd mnie tak irytuje. No bo cóż to za bycie na łonie natury, jeśli się trzeba tam wybierać? Wybrać to się można zwiedzić jakieś ciekawe miasto, a otoczeni przyrodą powinniśmy być wszędzie. Tak, właśnie czuję, że powinniśmy. Coś mnie do tego ciągnie. Do tego bycia non stop na dworze.
Wychowałam się w małym miasteczku, w domku jednorodzinnym. Tam się na spacery nie chodziło. No, chyba że do parku w niedzielę. Po prostu siedziało się, biegało przed domem, bawiło w piaskownicy. Po prostu się było. Mam jeszcze takie zdjęcia-slajdy z rodzinnych zlotów, gdzie ja umorusana w piaskownicy z chusteczką na głowie, chroniącą od słońca. dziś w osiedlowych piaskownicach są wypacykowane dzieci. Może jestem dziwna, ale wolę zamiast niedzielnego kompleciku założyć synowi starą koszulkę, nieco spraną, i niech robi co chce. W końcu to nie rewia mody. Niech się po dziecięcemu cieszy. Dziecięce brudzenie się do niemożebności też ma swój urok. Pamięta się to potem po latach - pamiętacie pod koniec letnich dni skórę pachnącą słońcem, włosy pachnące wiatrem? Jak błogo się potem zasypiało. Będąc dorosłym, już nie zawsze wypada się tak beztrosko ubrudzić, dlaczego więc będąc dzieckiem - z tego przywileju nie skorzystać?
Żeby nie było głupio - czasami mówię, że idę na spacer albo jestem na spacerze z dzieckiem, a tak naprawdę właśnie wracam ze sklepu czy poczty. Nie, nie lubię spacerów. I myślę, że moje dziecko też nie. Lepsze są szalone wyjścia, typowo w celu umoczenia pupy w jeziorze w czasie schylania się po kamienie na przykład.
Zresztą - dzieci niegłupie, swój rozum mają i tak w trakcie niby-spacerów zwiewać mają ochotę, gdzie tylko chcą, w mieście za bardzo biegać nie ma gdzie. Najlepsza jest wieś. Ech, jak słodko taki mlekoholik po całodziennym maratonie potem śpi...A i mama wypoczęta.


Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.