
Opowieść o pingwinku, który wolniej się rozwija i jest wrażliwy. Rodzice opiekują się nim z większym zaangażowaniem. Dzięki troskliwej opiece, zbiera w sobie siły na samodzielne zmierzenie się ze światem.
To był mroźny dzień. Bardzo mroźny. Jak to na Antarktydzie w zimie. Tatuś wysiadywał właśnie jajo. Mama w tym czasie była na polowaniu. Daleko stąd. Nagle coś zaczęło się dziać. Z jajeczka dało się słyszeć cichutkie ‘stuk, stuk’. Skorupa zaczęła pękać. Najpierw wychylił się dzióbek z główką, a gdy skorupki opadły cały pingwini maluszek. Młody tata nie posiadał się z radości! To był najwspanialszy dzień w jego życiu! Wykluł mu się synek. Maluszek stanął na ojcowskich stopach, schował się pod tatusiowe skrzydełka i ogrzewał się. Podobnie robiły inne maluszki – pingwinuszki. Gdy tylko próbował wychylić dzióbek zza tatusiowych piórek, zaczynał się cały trząść. Tatko nazwał go z tego powodu „Zmarzi” od ‘Zmarźlucha’. Rodziciel był tak zapatrzony w swojego maluszka, że nawet nie zauważył, że jego dziecko było drobniejsze od innych pingwinków wyklutych w trakcie tej zimy. Gdy sąsiad z gniazda obok wyszedł na spacer ze swoją dorodną pociechą, rzucił okiem na Zmarziego i z dezaprobatą zapytał „A co to za chucherko?” . Tacie zrobiło się przykro, że jego synek nie podoba się innym. Dla niego jednak był najukochańszym synkiem.
Pewnego słonecznego ranka większość niedawno wyklutych pingwinków zaczęła nieśmiało wychodzić spod piór swoich rodziców. Ale nie Zmarzi. On nie ogrzał się jeszcze wystarczająco i nie nazbierał tłuszczyku tak jak inne dzieci. Jak dobrze, że jego tata to dobrze rozumiał. Gdy mama wróciła z polowania była niezmiernie zdziwiona i zaniepokojona, że inne pingwinki hasają na lodzie i śniegu a jej maluch tylko się tuli do rodziców. Próbowała dziobem popchnąć go w stronę kolegów ale on zamiast pobiec zgodnie z życzeniem mamy, zwinął się w kłębuszek i zaszlochał. To był przełomowy moment dla mamy Zmarziego. Zrozumiała, że każde pingwinie dziecko jest inne i trzeba mu dać czas na nabranie sił. Starała się karmić go często swoimi zapasami z polowania, przytulała, ile potrzebował i przypomniała sobie oraz opowiadała małemu wszystkie historie Wielkich Pingwinów z przeszłości, którzy pomimo swej mikrej postury dokonali rzeczy wielkich. Mama, gdy tylko malec zaczął interesować się tym jak dokazują koledzy, delikatnie zachęciła go do tego, by do nich podszedł, mówiąc:
- Orkh, orkh, może chcesz podejść do kółeczka młodych pingwinków i przedstawić się im?
Mały przytaknął w milczeniu małym łebkiem i ostrożnie podbiegł do rówieśników. Był onieśmielony ale zebrał wszystkie swoje siły i głośno powiedział:
- Cześć, orkh, orkh, jestem Zmarzi ! Chcę się z wami bawić! Może macie ochotę pobawić się w Wilekiego Pingwinusa zdobywcę bieguna?
Dzieci były zaskoczone jego propozycją, bo jeszcze nikt im takiej zabawy nie zaproponował. Zaczęły dopytywać o szczegóły, kto to jest Pingwinus, i dlaczego Wielki? Czy biegun jest daleko? I dlaczego warto go zdobywać?
Zmarzi, choć z początku nie mógł z siebie wydobyć głosu, to jak zaczął mówić, z coraz większą swobodą odpowiadał na pytania. Był taki szczęśliwy, że może coś dzieciom ofiarować. Dzieci też polubiły nowego kolegę, zwłaszcza Dzióbek – pingwinek o najostrzejszym dziobie spośród pingwiniego przedszkola.
Oczywiście, Zmarzi, nadal marzł szybciej niż jego koledzy i czasem podbiegał do rodziców na chwilę ogrzać się. Wszak tego potrzebują wszystkie dzieci
Żaneta Makowiecka