Follow us on Twitter
Start Blogi Blog mamy mlekoholika


Niedawno w przypływie matczynych frustracji powiedziałam swojej przyjaciółce (oczekującej pierwszego dziecka mniej wiecej w terminie, kiedy u nas pojawi się drugie), że dzieci powinny miec rok, a potem od razu trzy. Bo, jak mówi inna moja przyjaciółka, bezdzietna jeszcze, ale od lat cudze dzieci niańcząca - dwulatek to potwór. Mało tego, potwór, który w sekundę potrafi rozbroić cię mokrym całusem. Ja dodam (może zbyt odważnie), że bywają chwile, kiedy nawet mokry całus nie jest w stanie rozbroić, kiedy ma się ochote polecieć na księżyc i ochłonąć, a tu trzeba byc w domu, uspokoić nie dające się uspokoić dziecko i nawet nie można na plecy go sobie  w takim powiedzmy mei taju przywiązać, bo nosić w ciąży nie wolno. Gdy mój dwulatek był jeszcze roczniakiem i wybitnie marudzić zaczynał, nosilam go na plecach, krzątając się po domu, on był usatyfakcjonowany, a dla mnie stanowiło to pewną formę odpoczynku. No bo wiadomo jak to jest - dziecko jest najbardziej nieznośne wtedy, kiedy mąż ma akurat dwunastogodzinna dniówkę, a mnie przy tym dziecku nie ma kto zastąpić.

 

 

 Nie jest łatwo pisać blog w drugiej ciąży. Choć myśli wiele, czynności i przeżyć dużo, to jednak wydają się one takie zwyczajne, potrzebne, dobre, piękne, ale tak jakoś oczywiste, że wątpi się, by takie refleksje czy zdarzenia mogły zainteresować stałych czytelników bloga. No bo o czym tu pisać? O moich poszukiwaniach na chustowych forach i udanym polowaniu na wymarzony model chusty wiązanej? O tym, że już nie mogę doczekać się noszenia dziecka, za którym to noszeniem wprost przepadam? O tym, że mnie i starszemu synowi brakuje tego noszenia i sam nieraz by wskoczył do chusty czy nosidła azjatyckiego, a ponosić się nie możemy ze względu na ciążowy zakaz dźwigania? O tym, że pewnie po urodzeniu młodszego dziecka nieraz jeszcze i starsze ponoszę na plecach, jeśli będzie chciało, żeby je dobrze wyprzytulać? - To wszystko mnie jakoś wciąga, ale jednocześnie wydaje się tak oczywiste w mojej matczynej codzienności, że aż trudno o tym pisać. Podobnie jest zresztą z moim małym prywatnym dziennikiem ciążowym, kiedy to w pierwszej ciąży pisałam dużo i często a teraz jakoś tak- na przeżywaniu się kończy.

 

 

Tak właściwie, w biegu będąc, trudno stwierdzić i postanowić, od czego by tu zacząć. O drugiej ciązy pisac łatwo nie jest, choć może niejednego czytelnika bloga to ciekawi. Dlaczego pisac niełatwo? Bo czasu mniej, jak to przy dwulatku, no i w ogóle wsyztsko inaczej się przeżywa. Już nie z takim zaskoczeniem, namaszczeniem, celebracją. Przy pierwszym dziecku przeżywa się i samą ciążę. Teraz inaczej - typowo i w zasadzie niemal wyłącznie czeka się na dziecko. Po prostu.

 W pierwszej ciąży dominują myśli: "Jak to będzie, jak już na sto procent poczuję sie mamą, jak sie odnajde w nowej roli? Jak technicznie sobie poradzę z dzieckiem?" W drugiej już inaczej - w samą ciążę, w samo planowanie dziecka wkracza sie już z poczuciem dokonanego faktu bycia mamą. Wątpliwości pielęgnacyjno-technicznych jest mniej, myślenie zmierza raczeń w kierunku ulepszeń i poprawienia tego, co wynikło z nauki na naszych własnych błędach przy pierwszym dziecku. Wyobrażenia noworodka przeplatają się z projekcjami, jak to będzie, kiedy małe już troszke podrośnie, zacznie się bić, kłócić i spierać ze starszym bratem. Bardziej już jakby widzi się dziecko jako wiekszego człowieczka, ma się namacalne poczucie, że czas niemowlęctwa czy bycia noworodkiem, który kiedyś wydawał się wiecznością, mija bardzo szybko.

 Jest i coś jeszcze. Myślenie, czy nie będzie się traktować drugiego dziecka tylko w odniesieniu do pierwszego, czy siłą rzeczy nie będzie się pociech porównywać. I takie zastanawianie się, jak ewentualnie tego nie robić. Jak być mamą dwójki, będąc też mamą każdego z nich z osobna, i dając im to odczuć. Jak nie przyrównywac ich do jakieś miarki, nie wychowywac od sztancy. Przy pierwszym dziecku to łatwiejsze, naturalne niemal. Przy drugim, tak sobie wyobrażam, może to być trudne, zwłaszcza dla matki-nauczycielki, edukującej jeszcze jako bezdzietna inne dzieci w dużych klasach, gdzie czasem nie ma miejsca ani chwili na indywidualność. Choćby człowiek chciał.

 Nasze pierwsze dziecko było i jest niewatpliwie dla nas darem, drugie będzie, właściwie już jest, darem nie tylko dla nas, ale i dla swojego rodzeństwa. Pierwsze w gruncie rzeczy też...

 

 

 W dzień z taką datą jak dziś jakoś zawsze wracam do historii. Nie potrafię inaczej, mimo że , jak tu juz wiele razy pisałam, nadetych rocznicowych patriotyzmów nie znoszę. Ale historia ta, z lat 80, jest mi bliska. Bliska instynktownie, intuicyjnie. Nie pamiętam stanu wojennego, miałam rok, gdy go wprowadzono. W mojej rodzinie zdania na temat stanu wojennego właśnie są podzielone, z autopsji tej sytuacji ocenić nie mogę. Ale nie tylko  ze wzgledu na daty ta historia najbliższa wciaz do mnie wraca. Wraca chyba dlatego, że pamiętam czasy tamtego ustroju jeszcze. Jeszcze kilka lat temu kojarzyły mi się głównie z Misiem Uszatkiem i Bolkiem i Lolkiem, z cukierkami -irysami i krówkami -mordoklejkami, których dziś nie uświadczysz.Taki folklor PRLu. Ale im starsza jestem, tym bardziej wspomnienie dzieciństwa z tamtych czasów odchodzi na bok, zapamiętane kolejki po kawę przestają śmieszyć, nie zawsze się chce już gadać z rówieśnikami: "A pamiętasz cukier z wielkim "C" na opakowaniach i herbatę w brązowo-żółtych pudełkach, itd itp". Coraz częściej patrzy się z perspektywy trzydziestolatka juz prawie na trzydziestolatków z lat osiemdziesiątych.

 I to chyba jest tak, że na historię patrzy sięwłasnie w ten sposób - na swoich równolatków w odległych czy mniej odległych czasach. Może dlatego dzieci nie lubia historii w szkole?

 A ja? Mimo że zyje w wieku 21, problemy społeczne są zgoła inne, przenosząc się w krainę historii, mając lat tyle, ile mam, czuję, że ta piosenka jest jakoś moja...

 

 

 

Byłam dziś z synem na szczepieniu. Poniedziałek jak poniedziałek- zupełnie o tym zapomniałam. Tłumy w dziecięcej przychodni. Kiedy urodził się nasz synek pytałam znajomych, już dzieciatych, jakiego to najlepiej pediatrę wybrać dla malucha. Wszyscy zgodnym chórem orzekli, że pani X jest bezkonkurencyjna, ma najlepszą opinię wśród rodziców, no i w ogóle jest świetnym lekarzem. No to zapisałam do niej dziecko. Pani doktor rzeczywiście świetna, przemiła, z tzw podejściem do dzieci, widząc dziecko z daleka, od razu sobie przypomina jego historię choroby. Wszystko pięknie. Po kilku miesiącach miałam jednak dość. Gdy dziecko miało obolałe gardło, żałowałam, że sama nie mogę i nie potrafię go wyleczyć. Powód? Każda wizyta u tej pani doktor to pół dnia wycięte z życiorysu. Dziecko zmęczone,płaczące i wściekłe po godzinie czekania, do lekarza wybierałam się jak na wojnę- z zapasem jedzenia i picia. Do tego świadomość niekończącego się czekania. Jak pomyślałam, że tak ma być przez wiele lat jeszcze, zdenerwowałam się. Pewnego razu naszej pediatry nie było, zmuszeni więc byliśmy pójść do jakiejkolwiek innej z dwu pozostałych w przychodni. Jakież było moje zdziwienie, że przyjęto nas od razu, nie zdążyliśmy się nawet rozebrać w poczekalni. Postanowiłam zmienić pediatrę. Znajomi kręcili głowami, bo przecież pani X taka świetna. Ja jakoś osobistego przekonania do jej świetności nie miałam. Ot, lekarz jak lekarz. Miła i tyle. Zmieniłam. Nie żałuję. Teraz czy dziecko zdrowe, czy chore, czekamy najdłużej 15 minut. Pacjentów nie ma wielu. Też lekarz jak lekarz. Ale przynajmniej nie spędzam pół dnia w przychodni, co niebawem przy dwójce dzieci byłoby szczególnie trudne. I tak się zastanawiam, na czym polega rzekomą świetność pani X. Może na tym że jest miła? A może ma opinię dobrego specjalisty dlatego, że jest również homeopatą (a to takie modne dzisiaj)? To akurat wg mnie wadą, a nie zaletą, bo jestem zdecydowanym przeciwnikiem homeopatii. Nie dlatego, że nie działa. Bo bywa, że działa. A jeśli działa, to tym gorzej dla homeopatii. Dlaczego? Ciekawych odsyłam TUTAJ. Co zaś do lekarzy-cóż- ogólny pediatra to pediatra. Nie oczekuję od niego nie wiadomo czego. Niech przepisze leki, kiedy trzeba, zdiagnozuję jakieś zapalenie czy przeziębienie i niech będzie dostępny w ludzkim czasie i o ludzkich porach. Pod kątem dobrego specjalisty wybierałam chirurga dziecięcego, gdy był potrzebny, by dwukrotnie operować nasze dziecko. Wtedy rzeczywiście do poszukiwania się przyłożyliśmy. Ale żeby na lekarza od przygotowania do szczepień czy od przeziębienia czekać pół dnia? Myślę, że to nie ma większego sensu.

 

 

W sytuacji przeżywania żałoby i jakiejś przy okazji tego pogrzebu wyjątkowo długiej i długotrwałej zadumy nad tematem śmierci, wraca do mnie temat fotografii i wspomnienie pierwszej śmierci w mojej rodzinie, jakie odżywa w mojej pamięci.

 Gdy zmarł nagle i niespodziewanie mój ojciec chrzestny, byłam dzieckiem. Miałam 9 lat. Do dziś pamiętam swój płacz i pociechę mojego dziadka: "no nie płacz, przeciez to nie twój tata". Z wujkiem nie byłam jakśs silnie związana, a jednak płakałam. Płakałam, bo chyba mnie po prostu przerażała nieuchronność śmierci. Nie, nie własnej, czyjejś.

 Póżniej grzebałam w pudełku z fotografiami, co często robiłam (do dziś fotografie, jakie są w domu rodziców, znam na pamięć). Pamiętam, że wtedy chciałam podrzeć i raz na zawsze wyrzucić wszystkie zdjęcia wujka, bo przecież jego już nie ma i nigdy go już nie zobaczymy, więc żeby nie bolało, żeby szybciej zapomnieć... Nie podarłam ich tylko dlatego, że wiedziałam, ze dorośli tak nei robią. Nie wiedziałam jednak, dlaczego.

 Potem , po wielu już latach, gdy byłam po ślubie, zmarła moja teściowa. Wtedy wciąż wracałam do jej zdjęć. Wtedy też odkryłam, że w rodzinie mojego męża od zawsze istnieje zwyczaj robienia zdjęć na pogrzebach - zawsze w tym samym momencie - robi sie zdjęcia zmarłemu leżącemu w trumnie, potem, gdy już truman jest wynoszona z kościoła i przy składaniu jej do grobu. 

 Dziś wciąż wracam do zdjęć i wspomnień o babci. Od wczoraj jej zdjęcie ze mną, małą roczną dziewczynką, wisi oprawione w ramkę w stołowym pokoju.

 Dziś do głowy by mi nie przyszło niszczyć zdjęć. Chciałabym mieć i zebrać je wszystkie. Cenię sobie także te z pogrzebu, w końcu pogrzeb też jest częścią ludzkiego życia.

 Dlaczego dziecko miewa czasme pomysły o wyrzuceniu zdjęć zmarłych?

 Nie wiem, może dlatego, że czasem nie ma mu kto śmierci oswoić, wytłumaczyć? A może to po prostu kwestia czasu?

 

Rzut oka w przyszłość.

 Bo tak w kontekście śmierci i żałoby nachodzi refleksja taka - jak jest po tamtej stronie. Albo inaczej - jak żyjąc tu na ziemi, życie po tamtej stroni przeczuwali ci, którzy widzieli, przeczuwali właśnie więcej, głębiej, jak umieli połączyć doświadczenie mistyki codzienności z doświdczeniem oczekiwania. I nie popaść w niekonstruktywną melancholię.

 

 

Tak akurat się złożyło, że tydzień czy dwa przed śmiercią mojej prababci zmarła babcia mojej przyjaciółki, więc  i  przyjaciółka, jakoś mając w pamięci moje doświadczenie żałoby  po stracie  jeszcze kilku osób niedawno, napisała do mnie, a potem sie okazało, że nagle i ja do niej w swojej żałobie jakoś tak piszę. I w toku mailowych rozmów (mailowych, bo przyjaciółka ostatnio mieszka kilka tysięcy kilometrów ode mnie) padło pytanie mojej przyjaciólki o to, czy i jak wprowadzam dwuletniego syna w temat śmierci.

Przyznam - zdziwiło mnie ono w pierwszej chwili. Jakoś nie myślałam o śmierci w kategoriach wprowadzania w jej temat dziecka.

źródło:www.sxc.hu

 I wtedy sobie uświadomiłam, że nie jestem za tym, by jakoś wyprzedzająco organizować pewne lekcje, tłumaczenia.

Myślę, że życie samo stwarza lekcje, wtedy - dziecko pyta albo robi zdziwioną minę i tłumaczenia rodzą się same.  Wtedy uświadomiłam sobie, że nie  planuję i nigdy nie planowałam uświadamiać w tej sferze dziecka, ale... ten plan jakoś we mnie był.

Uświadomiłam sobie, że mimowolnie, z racji takiego charakteru, jaki mamy ja i mąż,  wprowadzamy dziecko już od początku po trochu w temat śmierci.  Oboje z mężem lubimy grzebanie w rodzinnych genealogiach, korzeniach, oboje z naszych żyjących starszych członków rodzin wyciągaliśmy od zawsze informacje i historie, daty, imiona, nazwiska panieńskie, wszystko, co się dało, co ocaliła ich pamięć. Oboje nie możemy się rozstać z drobiazgami po zmarłych i najchętniej przez lata byśmy niczego nie ruszali, aby , jak pisał Gałczyński, a potem śpiewał Grechuta, a za nim Bajor, "serce ocalić od zapomnienia"

W domu mamy kącik z fotografiami przodków, a że dziecko oglądać lubi zdjęcia, ogląda i te, na których są jakieś babcie czy dziadziusiowie, których nigdy nie znało, nie widziało. Na razie, mając dwa lata, wie i rozumie tyle. Że są zdjęcia jakiś nigdy niewidzianych ludzi, których nazywa się takimi ciepłymi i znanymi określeniami jak babcia czy dziadek.

I nie myślałam, by mu te wiedzę poszerzać, póki nie zapyta.

Ostatnio zobaczył muchę, zafascynowany niemal, że może jej dotknąć. Uświadomiłam mu, że mucha przed nim nie ucieka, bo po prostu nie żyje. Powtórzył: aha, nie żyje, nie rozumiejąc zapewne, co to znaczy. I pobiegł dalej. Nie rozumiał, ale dostał prawdziwą informację. Już on ją sobie kiedyś przetworzy i uzupełni. Tak myślę.

Na razie jakoś zupełnie spontanicznie wprowadzamy go w świat chrześcijańskiego sacrum. I tak sobie uświadomiłam, że to całkiem mimochodem jest droga do tego, by kiedyś powiedziec o śmierci. O tym, że ktoś, kto umiera, nie śpi (biedne dziecko mogłoby bać się, że śpiący rodzice już nigdy się nie obudzą), tylko po prostu odszedł na drugą stronę życia.  Jeśli mnie kiedyś spyta, jak to z tymi stronami życia jest, myślę, że powiem mu, że człowiek ma wybór - albo iść tam, gdzie jest miłość i nieopisane szczęście, albo wieczna tęsknota. Ma wybór, w zależności od tego czy kocha - ludzi i Boga. Po prostu.

Pamiętam, jak syn ostatnio, mając etap pytania, co robi wiertarka, młotek, lodówka itd, spytał mnie: "Co robi Pan Jezus?" Myślę - jak tu dziecku jednym zdaniem odpowiedzieć. Wreszcie mówię: "kocha cię bardziej niż mama i tata. " Aha". I poszedł gdzieś. Za trzy dni sam z siebie mówi: "mama, Pan Jezus kocha" . I biegnie gdzieś dalej.

Jest pytanie , jest odpowiedź, dziecko chłonie ją jak gąbka. Myślę, że nie ma co wyprzedzać faktów uświadamianiem dziecku tego, co ważne w życiu, mówieniem o wielkich rzeczach, jak śmierć czy narodziny.  Nie czynić z tego tematu tabu, ale żyć, po prostu żyć. Życie podsuwa zdarzenia, a pytania, lekcje rodza się same.

Podobnie jest z narodzinami: " Nie chodź mamie po brzuszku, bo tam mieszka dzidziuś". Za kilka dni: "Mama, tu mieszka dzidziuś". " No mieszka, ty też mieszkałeś, ale byłeś potem coraz większy i się nie zmieściłeś i wyszedłeś. Dzidziuś jak się nie zmieści, to wyjdzie". Syn mi za trzy czy cztery dni mówi: "Mama, w brzuszku jest dzidziuś, ja nie widzę, ale kiedyś się nie zmieści"...

 

 

 

Smutno, ze wspomnieniami, z nostalgią, tak będzie dzisiaj. Postaram się niedługo pisać, boję się przegadać temat. A jednocześnie tyle sentymentów, tyle uczuć, tyle wspomnień, obrazów w pamięci, które zostaną już na zawsze.

 

 
(1 głos, średnia ocena 5.00 na 5)

 

Będzie co pisać, będzie. Od końca może zacznę, od wpisu optymistycznego bardziej. A jutro smutniejszy nieco. 

Cóż, przyszedł czas, że mój mlekoholik już mlekoholikiem nie jest. No, raczej jest, ale w odniesieniu do krowiego mleka i do kakao. Postanowiliśmy się z mlekoholizmem rozstać. Nie żeby były jakieś przeciwwskazania, nie. Ot co - zrobiłam to po to, by po porodzie nie być zmuszona karmić dwójki (są takie mamy-bohaterki, są, ja nie czułabym się jednak na siłach) albo oduczać mojego wówczas już dwuipółlatka tego na gwałt, bo jeszcze gotów brata czy siostrę obwiniać, że mu zabiera mamę i jej mleko.

 Dlaczego o tym piszę? - Bo się bałam - to po pierwsze. Bo wyciagnęłam pewne wnioski - to po drugie.

Bałam się odstawienia od piersi. Jeszcze przed porodem, przed ciążą pierwsza chyba nawet się tego bałam, mając wyobrażenie, że odstawienie to przymusowe dzikie wrzaski półrocznego dziecka (bo myslałam, że po pół roku TRZEBA odstawić, bo inaczej cię, jak to mówią w rodzinnych stronach mojego męża, dziecko pozbadnie i wejdzie ci na głowę, i będzie kazało się karmić do trzydziestki. Już mając dziecko trafiłam jakoś przypadkiem na ideę długiego karmienia, potem na forum o długim karmieniu. I tak jakoś intuicyjnie czułam, że idea, by dziekcu samemu pozwolic dojrzeć do rozstania z piersią, jest sensowna - medycznie, psychologicznie, emocjonalnie, dobra dla dziecka i dla mamy. I tak karmiłam, karmiłam, od roku wprowadzając tylko zasadę, że nie karmimy się już na żądanie, ale tylko w określonych sytuacjach - w domu, do drzemki, w nocy. Takie stopniowe przyzwyczajanie do dziecięcej dorosłości.

 Jednak wciąż nieracjonalnie bałam się odstawienia, cyrku, dramatu  z tego powodu. Karmiłam i w ciąży, licząc po cichu, że zmieniony  przez naturalne ciążowe hormony smak mleka skłoni synka do rezygnacji. Ale gdzie tam, nie z nim te numery.

 Wykorzystałam sytuację wspólnego wyjazdu, gdzie zmęczony synek, od dawna już nie zasypiający przy piersi, tylko  bez niej, ale po najedzeniu się z niej, przyjął bez oporów, wrzasków i krzyków fakt,  że mama juz nie karmi, a tylko przytula. W sukurs mi przyszła sytuacja ciąży, gdy produkcja mleka jets zmniejszona, więc dziekco można było odstawic od razu, bez stopniowego zmniejszania ilosci karmień. A synek sam mi pokazał, że do tego dorósł.

Karmiłam 2 lata i niecały miesiąc. Moje wnioski?

 Warto karmić długo (dziecko mi praktycnzie nie choruje, pokarm zawszer jest dostepny, ciepły i odpowiednio zapakowany, nie ma tragedii, gdy się w teren zapomni zabrać dziecku jedzenie czy picie, usypianie jest niezwykle wygodne i nie stawarza problemu, pierś dla dziecka to naturalny usypiacz.

 Rzeczywiście doświadczyłam, że jest tak, jak mówią inne mamy - dziecko bez protestów dorasta najpierw do zasypiania bez piersi, a potem do rezygnacji z piersi w ogóle, trzeba tylko je odrobinkę podprowadzić.

 Słowem - warto karmić, a 2 lata - to - uważam - w sam raz.

 Zastanawia mnie tylko jedno - dlaczego znajome butelkowe mamy sugeruja mi , że karmic butelką jest lżej niz piersią. I że teraz to dopiero będzie mi lżej... Ja tam uważam wprost przeciwnie. Może za wygodna jestem? ;)

 
Więcej artykułów…
Polish English French German Icelandic Italian Russian Spanish Swedish Ukrainian
Nasi przyjaciele
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
Nasza strona na Facebook'u
ABC rodzica na Twitter
Kanał RSS